Fot. T. Wiech. Copyright © T. Wiech. All rights reserved.

Krajobraz

2 [49] 2015

20 | 11 | 2015

My tu robimy awanturę, ale robimy piękny protest, a nie awanturę tak naprawdę (I)

 

DLR: Tak – akcent, grupa drzew, wnętrze krajobrazowe, cała szkoła.

CM: I to jest dzieło sztuki. Całe Wzgórze Świętej Bronisławy było terenem zaprojektowanym dla krakowian. Fantastyczne jest, że w ogóle myślano, że krakowianie muszą mieć jakąś superprzestrzeń zieloną, wypoczynku, rekreacji; Kraków był o wiele mniejszy niż teraz, a projektowano dla miasta wielkie założenia parkowe, na przykład na Wzgórzu Świętej Bronisławy mieliśmy aleję przez wzgórza, która miała te dwa widoki: na północ i południe. To, co już mówiłam, że budowano kopiec w miejscu, z którego już był fantastyczny widok. Zawiązał się komitet, który postuluje wycięcie wszystkich samosiejek, tarnin, wierzb i brzóz i odsłonięcie polan. Chodzi też o przywrócenie widoku na Wisłę. Od Kopca Kościuszki aż do Sikornika, do lasu brzozowego, którym schodzi się do przełęczy między Przegorzałami a Lasem Wolskim, były pola uprawne. I teraz sobie tak myślę, jaka będzie awantura, bo ci ludzie mają rację z tym widokiem, te drzewa to są samosiejki. Pewnie tam kiedyś się wykształci las, ale teraz dominują tam nawet obce gatunki: nawłoć i dąb amerykański, który jest rośliną inwazyjną. Rosną sobie te drzewa i wiadomo, że ekolodzy muszą bronić drzew, tak już po prostu jest.
W każdym razie toczy się dyskusja, czy uporządkować krzaki, by odsłonić widok, czy zostawić samosiejki, bo są środowiskiem dla zwierząt. Pojawia się pytanie: czy wartością jest każda roślina, czy wartością jest piękno?

DLR: I ukształtowanie. Piękno pochodzenia projektowego, tak?

CM: Tak, ale takiego mądrego, bo projektowania z szacunkiem do tego, co już mamy. To zostało tak zaprojektowane, żeby wydobyć to, co mamy, że wije się rzeka, że za rzeką jest wzgórze…

DLR: Jakiś argument dla wycinki zawsze można znaleźć. Wycięto cały pas drzew nad brzegiem Wisły na wprost klasztoru norbertanek i wokół samego klasztoru ze względu na zagrożenie powodziowe. Teraz są zakusy na wycięcie lasu łęgowego w Przegorzałach. Co możesz zrobić, jeśli ci powiedzą: dobrze, ale przyjdzie powódź i ludzi zaleje. Zawsze jest ten ostateczny argument.

CM: W gospodarce przeciwpowodziowej są nadużycia wynikające z braku świadomości społecznej, strachu przed powodzią i aroganckiego podejścia do przyrody. Budujemy na terenach zalewowych, często nielegalnie, a potem dopasowujemy rzekę do naszej chciwości; regulując rzekę, niszczymy ją. Dostajemy teraz dotacje unijne. Wydaje się je często niestety na bezmyślne zlecenia, w których chodzi o szybkie prywatne zyski, a nie dobro społeczne. Dlaczego społeczność pozwala na przykład na betonowanie potoczka płynącego przez las lub rzeki oddalonej od miasta? Takie podejście ma źródło w naszej mentalności. Tak jest wśród mieszkańców wsi. Oni na co dzień mieli te lasy, te góry. I kiedyś je kochali, ale później postanowili być bogaci, pojechać do Ameryki, zobaczyli świat. Teraz mamy do czynienia z wielkim kryzysem wsi. Wieś przestała się zajmować swoją kulturą. To jest przykre, co tam teraz widzisz. Kiedyś po prostu była kultura w każdej wiosce, w każdej dolince… A teraz mają disco polo, mają plastik, mają syf. Zobacz, co się dzieje z cmentarzami na wsiach. Były piękne cmentarze, a teraz są po prostu takie łoża marmurowe. No i co robią – wycinają te wszystkie stare drzewa dookoła cmentarzy, żeby grobów im nie brudziło. Że modrzewie dookoła starego kościółka im zatykają rynny. I zrobili sobie groby marmurowe, i zrobili sobie łazienki, takie piękne. Nie mieli ich wcześniej, bo przed wojną jeszcze ich nie było, i często po wojnie. I oni po prostu muszą się nasycić tym wszystkim, tą nowoczesnością, tym bogactwem, tą wspaniałością. Potem następne pokolenie, młodsi, a w każdym razie ja mam nadzieję, że tak będzie, zaczną do tego powracać, zaczną doceniać i mówić: „a kiedyś robiliśmy takie wozy, takie rzemiosło, mieliśmy takie piękne nazwy, takie piosenki, ludzie do nas przyjeżdżali, bo mieliśmy ładnie, a my to spieprzyliśmy”. Te reklamy, to wszystko, i teraz jest kryzys, oni też przyjechali do miasta i im się to w ogóle nie mieści w głowie, oni w ogóle tego nie rozumieją,
Zawsze byłam zdziwiona, jak byliśmy na wakacjach na wsi: jak pytałam kolegów stamtąd, czy byli na jakiejś górze, to okazywało się, że oni nigdy na nią nie weszli. „– Nie byłeś na Luboniu? Jak to nie byłeś na Luboniu? – pytałam. – Nie byłem nigdy, a tam w lesie byłem z tatą po drzewo”. Więc mają do natury utylitarne podejście. Dlatego wyregulowano rzekę Wilgę w Krakowie, która nie wylała od epoki lodowcowej, ta rzeka po prostu nie wylewa. Została wyregulowana na osiedlu nowych domków, jestem przekonana, że to z powodów estetycznych. Po prostu musi być ładnie. Nie wiedzą, że tam będzie śmierdziało, woda się nie będzie oczyszczać, nie mają takiej świadomości. Stanie się takim paskudnym kanałem, do którego będą wpadały śmieci, zdychające zwierzęta, które się rozkładają w tej wodzie. Ma być równy brzeżek, jest tak ładnie, taka jest tu ładna łazienka i jest ładny grób.

DLR: Czyli chaos naturalny, przyrodniczy jest w jakiś sposób przerażający, bo zaburza tę harmonijną wizję nas samych jako istot uporządkowanych, światłych, cywilizowanych, postępowych.

CM: Tak. I taka regulacja rzek w dużej mierze wynika z tego, że jest na nią przyzwolenie społeczne. Społeczeństwo się na to zgadza, ludziom się wydaje, że teraz jest elegancko. Jest taki murek równy, a nie jakieś krzoki. A to jest jednak uroczysko w mieście. Uroczyska miejskie mają taką specyfikę, że często są ładne, często są bardzo dzikie, dziksze niż w parkach narodowych, bo jest mniej turystów, nikt tu nie przychodzi, często bardzo niezwykłe rzeczy się przydarzają w takich podmiejskich miejscach. Jednocześnie, ponieważ są bardzo blisko, ludzie traktują je jako miejsce, gdzie można nielegalnie wywalić śmieci.

Taka jest specyfika rezerwatów miejskich, podmiejskich. Czasami są takie cudownie nieprawdopodobne – znajdujesz tam na przykład wersalkę, po której możesz skakać, albo samochód wystający na sztorc w starej cegielni. Są bardzo dzikie, zwierzęta mają się tam świetnie. Mnóstwo jest też roślin inwazyjnych z ogródków, pnącza, których normalnie by tam nie było, jakieś rdestowce, i to się robi bardzo ciekawy ekosystem, ciekawe połączenie bliskości ludzi, dużej liczby zwierząt i że tam właściwie nikt nie chodzi, poza tymi, którzy chcą nielegalnie wyrzucić kafelki z remontowanej łazienki.

Kacper Kępiński: W miejscach niedostępnych trudna jest kontrola stanu tej przyrody. Gdzie jest granica między ochroną dzikiej przyrody a udostępnieniem jej i zapewnieniem kontroli? Czy rzeka przekształcona w zwykły park, nawet w park rzeczny, będzie tak samo wartościowa jak ta dzika rzeka? Jak zapewnić ochronę czemuś, do czego ludzie nie mają dostępu? Czy ważniejszy jest ten dostęp?

CM: Myślę, że w mieście powinien być park rzeczny. Udawanie, że w mieście zrobimy rezerwat, jest błędem. Lepsze jest udostępnienie tego ludziom, ale z edukacją i dbałością, w cywilizowanych warunkach, w porozumieniu z przyrodnikami i architektami krajobrazu.

DLR: Właśnie – ale czy jest w ogóle kontakt między nimi? Między tymi środowiskami? Bo z jednymi i drugimi pracowałaś.

CM: Nie, nie ma w zasadzie. To było dla mnie ciekawe doświadczenie – praca z tymi ludźmi, którzy mają zupełnie inne wartości. Doświadczyłam tego na własnej skórze – zaczęłam spływać rzekami z Kazimierzem Walaszem. Wymyśliliśmy sobie, że spłyniemy krakowskimi rzekami. Kaziu mnie podkusił – powiedział, że prawdopodobnie nikt wcześniej tego nie zrobił. On wędrował wzdłuż krakowskich rzek, żeby spisać zwierzęta. Robił raport, ile mamy zwierząt w mieście. Właśnie nad rzekami są najdziksze tereny i tam jest ich najwięcej.

DLR: To jest rewelacyjny projekt.

CM: Dla mnie to było niesamowite doświadczenie płynąć z Kaziem tymi rzekami, bo ja już wiedziałam wtedy, że muszę z tego zrobić dzieło sztuki, ale jeszcze nie wiedziałam jakie.

DLR: A czym wtedy płynęliście?

CM: Pontonem radzieckim. I Kaziu powiedział – ty musisz mieć w południe kapok. Ja się zastanawiałam, jak ja będę wyglądała na zdjęciu w kapoku, a on, że muszę mieć kapok. Wchodzę na drzewa, w ogóle robię takie rzeczy, a on, że kapok. I w południe, bo w południe jest ładna pogoda. Boże, jakie światło jest w południe… I w ogóle mnóstwo kompromisów.

DLR: On miał inną wizję tego pływania, tak?

CM: Ja się na początku potwornie z nim męczyłam. Wzięłam aparat, myślałam, że porobię zdjęcia, wymyślę, jakąś mocną formę zrobię tym aparatem. A skończyło się na tym, że ja musiałam wiosłować i wydobywać nas z krzaków, bo Kaziu cykał fotki na potęgę. I tak ciągle: ile on już tych żab zrobił i tak – dziura, nielegalny ściek, raz, dwa, trzy, ma identyczne zdjęcie pięć metrów temu, czemu on to robi? Ja sfotografowałam jeden nielegalny groźny ściek gdzieś na Dłubni. Taka brama, czarna otchłań, coś się wylewa, straszne, i myślałam: ale będzie groza w tym filmie! A Kaziu fotografował każdy jeden malutki. Ile ja potrzebowałam czasu, żeby to zrozumieć. Uświadomiłam sobie, że ja potrzebuję jednego mocnego obrazu, a on potrzebuje liczb, żeby przekazać to, co on chce, zrobić raport. To są dwie nogi tego, co możemy zrobić, jak zadziałać. On może iść do urzędników, powołać się na liczby – i to jest skuteczne, to zadziała. A żeby poruszyć ludzi emocjonalnie, powiedzieć, że coś jest nie tak, to trzeba zrobić mocny, poruszający obraz. Taka współpraca może zaistnieć między artystą i naukowcem, którzy chcą przekazać to samo.