Ilustracje: Kacper Kępiński. Copyright © Małopolski Instytut Kultury. All rights reserved.

Architektura wspólnoty

4 [51] 2015

12 | 07 | 2016

My teraz gramy dość indywidualne role (II)

 

PN: Po wejściu do Unii Europejskiej zrobiliśmy przedziwną rzecz z wsią i rolnictwem, bo – wbrew pozorom – nie urynkowiliśmy rolnictwa zgodnie z kierunkiem zmian, jaki przyjęliśmy po 1989 roku, tylko realizujemy Wspólną Politykę Rolną będącą mieszaniną rynkowych działań połączonych z silnym interwencjonizmem w mechanizmy gospodarki żywnościowej. Zmniejsza się powierzchnia użytków rolnych, pogłowie bydła, trzody chlewnej. Zmniejsza się liczba gospodarstw rolnych produkujących na rynek, bardziej koncentrujemy produkcję. To model europejski, który polega na tym, że tak naprawdę jesteśmy kolonizowani przez korporacje międzynarodowe. I to jakoś działa, póki są różne subsydia dla rolników i wsparcie na rozwój obszarów wiejskich.

MZ: Tak. Oprócz tego słowa „załatwić” jest jeszcze kolejna fraza: „nie opłaca się”. I to „nie opłaca się” to jest bardzo ciekawa formuła, która mówi o nakładzie pracy do efektów. Nie szanujemy tego mieszkając na wsi, mając przy domu możliwość uprawy, że ta praca, którą ja włożę w marchewkę, że ona będzie tą marchwią na cały sezon czy tam dla rodziny – to jest dyskurs publicznie zupełnie niwelowany. Nie po to się mieszka na wsi. Mieszka się po to, żeby mieć zadbany dom, dużo czasu jest na to potrzebne, a nie żeby mieć w ogródku warzywa. To w tym obiegu wartości jest tak poustawiane, że nie jest to rzecz, do której się aspiruje, to znaczy to spadło z tego piedestału, że mam własną żywność – to jesteś frajerem dlatego, że musisz się narobić i nic z tego nie masz. To są te frazy.

DLR: W tej rozmowie rysują się – oprócz geografii społecznych i politycznych – rytmy ludzkiego życia i różne grupy realizujące różne modele funkcjonowania. Mam jeszcze pytanie o najmłodszych, bo to też wspólnota społeczna: jakimi miejscami są przedszkola, szkoły?

PN: Nastąpił proces urynkowienia wiedzy, oświaty, usług społecznych, co jest absurdalnym zjawiskiem, bo to nie służy ludziom, tylko służy tym, którzy sprzedają te usługi. Czyli powstaje jedna centralna szkoła, podstawówka, gimnazjum i przedszkole, i tam wozimy dzieci. To nie służy ani dzieciom, ani rodzicom, ani też społeczności lokalnej, bo rezultaty tej polityki są dużo gorsze…

MZ: I tam natychmiast pojawia się gradacja: kto skąd przyjeżdża i jak długo może zostać, bo mu autobus odjeżdża; masa ograniczeń. Kto chodzi? Kogo mogą wozić rodzice, a kto mieszka w miejscowości ze szkołą. Tworzy się przepaść między dziećmi. System nie służy wyrównaniu szans, raczej pogłębia podziały.

PN: Tak. W lubelskim jedna gmina w ogóle nie prowadzi szkoły, zrezygnowała, bo się nie opłacało. Dogadała się z inną gminą, że jej przekaże zadanie…

DLR: A co się dzieje z budynkami szkolnymi, jeżeli nie są używane przez dłuższy czas?

PN: Są sprzedawane, zamieniane na domy mieszkalne, na domy weselne.

MZ: To tak jak ośrodki zdrowia. Często – o tym się też nie mówi – bywało, że ktoś dawał działkę pod szkołę czy ośrodek; to nie były tak do końca państwowe grunty. Wspólnota budowała.

MZ: Prywatyzując, niwelujemy to wspólne dobro. Obiekt zostaje bez właściciela, w komercyjnym obiegu to po prostu budynek,  o konkretnej cenie, w określonym stanie.

PN: Szkoły czy ośrodki zdrowia to budynki, które były budowane w czynie społecznym, ale w tym dobrym znaczeniu. Ludzie przychodzili, budowali, a czasami to były jeszcze budynki sprzed wojny, potem unowocześniane, i tak trafiała oświata na wieś, czy służba zdrowia. To była nasza służba zdrowia, nasza oświata, to myśmy to robili.

MZ: To jest sprzedawane, bo się nie opłaca, po prostu. Samorząd twierdzi: nie utrzymamy tego, nie mamy środków.

DLR: Jaka jest skala tego procesu?

PN: Jak robiłem badania w latach 2005–2012, to okazało się, że we wszystkich gminach wiejskich likwidowano szkoły – ich liczba zmniejszyła się mniej więcej o połowę.

DLR: I gmina się zajmuje wtedy organizacją transportu?

PN: Jeżeli są ponad trzy kilometry do szkoły, to wtedy organizuje transport, te słynne gimbusy, które dowożą dzieci do szkoły. Teraz właściwie to większość gmin ma jeden zespół szkół. I tam właśnie jest przedszkole, podstawówka, gimnazjum.

MZ: Zastanawiam się nad tym, że te dzieci, które trafiają do takich zespołów szkół, a które są tresowane od najmłodszych lat do wyjeżdżania ze swojego domu i opuszczania go na cały dzień, to jest dla nich trening, który nas dokądś zaprowadzi? Czy to jest normalne, że ja opuszczam dom i na cały dzień wyjeżdżam. I mój dom to nie jest to, gdzie ja jestem, ponieważ jestem wycinana, jestem kadrowana z domu i z tego miejsca mojego całkowicie, odkąd mam pięć lat. Obowiązek przedszkolny.

PN: Przypomniało mi się o miejscach i przestrzeniach społecznych. Wychowałem się na wsi i wracałem ze szkoły do domu trzy kilometry. A po drodze było właśnie odwiedzanie miejsc. Najpierw był sklep, potem była rzeka, potem była gruszka duża, czy sad z jabłkami, potem do kolegi się szło po drodze, żeby się napić herbaty. Taka była ta przestrzeń i to była moja przestrzeń w mojej wsi, gdzie każde miejsce miało swoją tożsamość, które mu nadałem przez obcowanie z nią. A jak autobusem bym sobie dojeżdżał – to sobie tak wyobrażam – rano z domu wychodzę, zabiera mnie autobus, wracam i nie ma mojej wsi, jest bezimienny obszar wiejski…

MZ: Żadnej sprawczości. O tym, o czym mówimy teraz, piszą autorzy młodszych pokoleń: Gaja Grzegorzewska czy Andrzej Muszyński w ich ostatnich książkach, nawiązują do czasów swego dzieciństwa, tego z lat 80., 90., i przestrzeni, która jest cielesna i jest rozpisana na miejsca typu: grusza, rzeka, przystanek, kolega i tak dalej. To jest to doznanie. Ciekawa jestem literatury, która nastanie za dwadzieścia lat i tego porządku…

MK: Odpowiedzmy jeszcze na pytanie o wykluczanie ze wspólnoty. Kiedyś wykluczało złamanie pewnych reguł. Czy teraz jedyne, co wyklucza, to po prostu znowu ekonomia?

MZ: Brak pieniędzy.

PN: Jak cię nie stać na dyskotekę, to nie jedziesz.

MZ: To cię nie ma.

PN: Jak cię nie stać na wesele, to cię nie zaproszę. Nie przyniesiesz mi nic dobrego. A jeśli jesteś bogaty, to z przyjemnością. W mojej miejscowości usłyszałem opowieść o osobie, która organizowała wesele i liczyła, ile pieniędzy może dostać, i tylko bogatych zapraszała. Nie było klucza kwalifikacyjnego: rodzina, znajomi, przyjaciele.

MZ: Wesele jest taką sytuacją, która zaostrza wyraziste społeczne punkty, takie gorące, to, czego się obawiamy. Ta opowieść najlepiej to pokazuje. Myślę, że brak pieniędzy wyklucza i jest się kimś tylko wtedy, kiedy ma się ich odpowiednio dużo w stosunku do miejsca w hierarchii, do której się aspiruje.