Mity modernizmu

3 [50] 2015

12 | 07 | 2016

Mit klarowności architektury nowoczesnej (I)

 

Wśród wielu mistyfikacji, a zwłaszcza automistyfikacji, które możemy dziś przypisać modernistycznej retoryce, mit klarowności wydaje się kluczowy, zwłaszcza w odniesieniu do architektury. Klarowność, wewnętrzna spójność, wyciąganie logicznych wniosków z przyjętych przesłanek, przekonanie o przyjęciu właściwych przesłanek i trafności tych wniosków – wszystko to stanowiło myślową podstawę koncepcji nowoczesnych, a potwierdzone zostało niezwykłym w dziejach rozkwitem krajów europejskich dzięki rewolucji przemysłowej XIX i początku XX wieku. Jednak oprócz bezspornych faktów, o których mówiono,  równie wiele było przemilczanych. Rozkwit nie wynikał przecież z odkrycia gospodarczego perpetuum mobile, lecz z ukrywanego wyzysku, zwłaszcza kolonii1.

Pionierzy nowoczesnej architektury, planując przyszły, lepszy świat, popełniali podobne niespójności. W deklaracji założycielskiej CIAM (1928) czytamy: „nowy podział gruntu, niezbędny do planowania każdego miasta, musi się łączyć ze sprawiedliwym podziałem między właścicieli ziemskich i społeczność zysków pochodzących z przedsięwzięć podejmowanych we wspólnym interesie”2. Jak trafnie spuentował to Charles Jencks: „Ktoś więc podzieli teren (rewolucjonista), ale ktoś będzie popierał właścicieli (kapitalista) i wzrost zysku spowodowany dużym zagęszczeniem (pragmatyk), a jednak zysk będzie równo podzielony (socjalista). Nic więc dziwnego, że Le Corbusiera i CIAM oskarżano o wszystkie możliwe grzechy polityczne”3.

Pomijając dalej kwestie gospodarcze i społeczne – gdzie mity są pochodną wyobrażeń architektów na temat społeczeństw, dla których pracują – ograniczmy się do zagadnień wewnątrzarchitektonicznych, warsztatowych. Tu architekci pracują nad koncepcjami przestrzennymi i materiałami służącymi do ich realizacji. Rozdźwięk następuje więc między hasłami a wyobrażeniami, jak tym hasłom sprostać, między środkami, które faktycznie pozwalają im sprostać, a ich zgodnością formalną z postulowaną treścią wcześniejszych haseł, wreszcie – sposobem rozumienia owej zgodności.

Z perspektywy późniejszych doświadczeń widać przede wszystkim jednostronność, nadmierne uproszczenia tych założeń oraz ich retoryczny, propagandowy charakter. „Nie chodzi mi tu o hermetyczną, architektoniczną terminologię, lecz o zaniechanie trudu wyobrażenia sobie w przestrzeni zjawisk, o których mowa, a które przecież rozgrywają się w przestrzeni, i względem których język – czy to naukowy, czy popularny – powinien zachowywać się przynajmniej niesprzecznie. Papier, jak wiadomo, wszystko zniesie, przestrzeń – nie wszystko”4. Przede wszystkim przestrzeń nie zniesie dwóch budynków/ struktur w tym samym miejscu – to oczywiste. Ale już konsekwencje postulowanego przez nowoczesnych strefowania funkcji w skali miasta wykroczyły i wykraczają nadal poza te planowane. W miarę różnicowania się ludzkich aktywności w wielkich miastach, mnożenia liczby zawodów, trybów życia, enklaw kultur i subkultur – zaostrzają się konflikty i sprzeczności między nimi i na granicach zajmowanych przez nie obszarów5. Wracając do zagadnień warsztatowych: kulawą postać w realnej przestrzeni przyjmą też jakieś ogólne założenia, gdy sposób ich realizacji będzie nazbyt ściśle zdefiniowany w przedwczesnym przekonaniu, że zapewni to ich spełnienie. Z kolei przemyślana realizacja założeń bardziej umiarkowanych da szansę budynkowi w okresie późniejszym, gdy sama tendencja przeminie, a trwalsze rozwiązania przestrzenne pozwolą na realizację potrzeb innych niż przyjmowane pierwotnie.

Co do tak wrażliwego obszaru kształtowania architektury jak mieszkanie – jednocześnie poligonu wielu manifestów, planów uformowania „nowego człowieka” – Witold Rybczyński w swojej książce Dom. Krótka historia idei pokazuje dobitnie nadmierne uproszczenie, jakie wnoszą te plany i manifesty, wręcz ich przeciwskuteczność, i argumentuje na rzecz poszukiwań prowadzonych jednocześnie w wielu kierunkach, w celu chociaż przybliżenia się do sprostania zadaniu tak złożonemu jak komfort mieszkania6. Jego wskazówki wydają się współbieżne z obserwacjami architekta, C. Northcote Parkinsona, który zauważał, że „ulepszenia w projektowaniu zostały w dużej mierze zneutralizowane przez nasze pogarszające się standardy wykonania robót. Istniał w historii krótki i błogi okres (1890–1910), gdy plany dwudziestowieczne wykonywane były przez dziewiętnastowiecznych robotników. Domów z tych roczników jest jednak niewiele i dla większości z nas pozostaje wybór pomiędzy tymi, które zostały dobrze zbudowane, lecz źle zaprojektowane, i tymi, które zaprojektowano nowocześnie, lecz źle zbudowano”7.

Istnienie tych domów – już dobrze (czyli nowocześnie) zaprojektowanych i jeszcze dobrze (czyli tradycyjnie) wykonanych – pokazuje dobroczynny wpływ inercji nie tylko na ocenę dobrze/źle, solidnie/niesolidnie, nowocześnie/tradycyjnie w odniesieniu do jakości projektu i wykonawstwa budowlanego. Kwestie te zostały przedstawione przez Parkinsona jako obiektywne i przyjmowane bezdyskusyjnie, bez szczegółowej analizy, co zrozumiałe w książce napisanej półżartem. Rzecz pozostawiona w domyśle poszukuje porozumienia z czytelnikiem, zakładając wspólnotę doświadczeń, zainteresowań i sposobów orientacji w świecie, a więc jest ograniczona terytorialnie do Brytyjczyków klasy średniej około połowy XX wieku. Uwzględnia poziom startu, poziom dojścia, tempo zmiany i możliwości akceptacji nowości przez klientów z końca XIX i początku XX wieku oraz wiedzę o tych zjawiskach sprzed (zaledwie) dwóch pokoleń u czytelników, którzy czytali pierwsze wydanie tej książki w 1970 roku. Z kolei wiedza o tym wcześniejszym świecie była utrwalana przez powszechną (wtedy) znajomość książek pisanych właśnie dwa pokolenia wcześniej i relacjonujących, również w formie fabularnej, świat bieżący i niedawną przeszłość – jak powieść Johna Galsworthy’ego Saga rodu Forsyte’ów, w której jeden z wątków dotyczy budowy nowoczesnego domu w roku 18868. Z kolei Prawo Pani Parkinson dotyczy wszystkich etapów ludzkiego życia i głównej roli, jaką odgrywa w nim mieszkanie (zarówno czynność, jak i przestrzeń). Tym samym niejako „na skróty” – intuicyjnie – pokazuje, ośmiesza i rozbraja mity, które służyły do retorycznego, propagandowego maskowania sprzeczności i jednostronności koncepcji nowoczesnych w tym samym czasie, gdy na polu teorii architektury narastało dążenie do rewizji nowoczesnego paradygmatu.

Co ciekawsze z dzisiejszej perspektywy, stopniowe wdrażanie nowatorskich pomysłów niesie też korzyści w zakresie definiowanym wprost przez manifest, gdy efekty jego realizacji wyrazić językiem przestrzenno- strukturalno-funkcjonalnej analizy budynku. Parkinson pisze wszak o nowocześnie zaprojektowanych budynkach jako o jedynie (ale jednak) „ulepszonych”, a fiasko przypisuje nie niedostatkom „teorii ulepszeń” (czyli nowoczesnym ideologiom), lecz mankamentom wykonawczym, które pojawiły się „przy okazji”, właśnie jako rezultat zastosowania ulepszonych metod w dziedzinie sąsiadującej i przenikającej się z architekturą, czyli w budownictwie oraz w degeneracji „czynnika społecznego” – a więc w zatraceniu wysokich umiejętności kwalifikowanych rzemieślników, których następne pokolenie już nie zdobyło. Stąd wniosek, że niemożność (z racji finansowych, organizacyjnych, zbytniego nowatorstwa nieakceptowanego przez inwestora itd.) realizacji wszystkiego od razu – tak, jak głosi natchniony manifest – wręcz umożliwiła zmianę na tyle, żeby była ona odczuwalna, wyraźna, a nie przyniosła – zgodnie z „żelaznym prawem nieprzewidzianych konsekwencji” (Radosław Sikorski) – efektów przeciwnych do zmierzonych, gdy kluczowy mankament rozbijający jakąś większą całość – lub cały system – pojawia się właśnie w miejscu pominiętym w planach jako nieistotne.

Analiza fizycznego ukształtowania budynków, do której zmierzamy, jako efekt uboczny przyniesie – przynajmniej częściową – demitologizację nowoczesnych haseł, wskazując na niemożność spełnienia ich wszystkich razem, zwłaszcza według ówczesnych recept; pokaże też środki źle dobrane do realizacji celów, korekty tych środków lub zbawienne poprzestanie na niepełnej realizacji celów, a więc wskaże na wartość umiarkowania, procentującego w dążeniu do faktycznej realizacji jakichkolwiek haseł, a nie licytowania się w ich radykalizmie. W miejsce retorycznej klarowności, wewnętrznej spójności i radykalnej prostoty recept na budowę „nowego świata”, analizowane w ten sposób budynki okażą się względnie kompromisowe technicznie oraz klarowne, gdy  klarowność rozumie się według tych samych zasad co całe wieki wcześniej, i to niezależnie od poglądów, które głosili nowocześni architekci (uwzględniając zaś to, co przejmowali od swoich poprzedników, którym retorycznie się sprzeciwiali).

Wyostrzanie opozycyjnych kategorii, jak nowoczesne–tradycyjne, naturalne–sztuczne, organiczne–geometryczne, miękkie–twarde, realne–abstrakcyjne, intuicyjne–wykoncypowane, było często przedmiotem retoryki manifestów. Lecz kategorie jednego rodzaju zawdzięczają swą czytelność sąsiedztwu drugich, a w architekturze to sąsiedztwo ma bardzo dosłowny charakter. Kwestie poboczne w optyce dominującego dyskursu warunkują powodzenie kwestii najistotniejszych.

Już Sigfried Giedion, konstruując genealogię architektury nowoczesnej, akcentował nową koncepcję przestrzeni, polegającą na przenikaniu przestrzeni zewnętrznej i wewnętrznej, jaką wnosi modernizm, rozwijając wcześniejsze: koncepcję zamkniętej bryły w otwartym krajobrazie (jak piramidy, egipskie i greckie świątynie) oraz koncepcję wielkiego, rozległego wnętrza, możliwą do osiągnięcia dzięki zastosowaniu łuków (jak w bazylikach i termach starożytnego Rzymu), i obudowanego prostą bryłą wnętrza drążonego sukcesywnie, o coraz bardziej złożonych układach (aż do XVIII wieku)9.

Wbrew teleologicznemu ujęciu Giediona, wskazującemu na paradygmat naukowy i sztukę nowoczesną jako zmierzające ku spełnieniu/dopełnieniu historii („prawdziwy duch epoki”), należy zauważyć, że pełniejsze dostrzeżenie różnicy jest możliwe, gdy dwie jakości rozumie się i postrzega jako odmienne (z całym bogactwem własnych kontekstów), a nie jako rezultat ewolucji pozostawiającej w tyle formy wcześniejsze. Podobnie więcej wniosków można wyciągnąć – również na temat wewnętrznej spójności nurtu czy stylu – gdy jedna jakość jest czytelna dzięki bezpośredniemu sąsiedztwu drugiej lub dzięki temu, że w świadomości odbiorców, użytkowników obecne są dotychczasowe wzorce, dominujące powszechnie na danym terenie wtedy, gdy nowator dopiero wprowadzał swoje innowacje.

Przykładem wrażliwości i umiejętności rozróżniania, które modyfikują zmitologizowaną autoiluzję klarowności modernizmu, jest opis Charlesa Jencksa, dotyczący jednego elementu: balustrady loggii w Jednostce Marsylskiej Le Corbusiera:

Właściwie ta forma w kształcie litery L jest nie tylko ławą, ale i rodzajem stołu, jest usztywnieniem konstrukcji, zewnętrznym schowkiem, miejscem do chowania się dzieci, a także jest częścią modularnego porządku, który łączy się z szeregiem innych elementów elewacji. Patrząc z wnętrza mieszkania, forma L jest częścią widoku na drzewa i pejzaż, widziana zaś z boku – uczestniczy wraz z innymi elementami geometrycznymi w zrytmizowanej grze bieli, zaostrzonej silnym słońcem. Krótko mówiąc, widzimy tę prostą formę w ośmiu bezpośrednich kontekstach lub, mówiąc inaczej, mamy co najmniej osiem powiązań z różnymi kontekstami. Skoro zaś każde z tych powiązań modyfikuje sposób, w jaki ta forma jest postrzegana i użytkowana, modyfikuje też i otoczenie, wzbogacając je w treści10.

Na marginesie można zauważyć, że jeden z tych kontekstów: miejsce do chowania się dzieci, został explicite wyodrębniony jako wzorzec nr 203 „Dziecięce jaskinie” przez Christophera Alexandra w jego książce Język wzorców (1977), a proponowana przezeń metoda projektowania, polegająca na nakładaniu w jednej przestrzeni różnych wzorców – dla wzbogacania jej doświadczania i użytkowania – występuje avant la lettre w tym detalu Le Corbusiera i odpowiada też analitycznej kategorii „wielowartościowości” Jencksa (1973)11. Zarówno zaś „Wielowartościowość”, jak i „Język wzorców” to wszak teorie prowadzące do rewizji modernistycznego paradygmatu, właśnie przez dostarczenie narzędzi dla analizy złożoności architektury.

Piszący te słowa podąża więc przetartym szlakiem, tropiąc złożoność architektury modernistycznej wbrew mitowi klarowności i prostoty, zarówno samych budynków, jak i dyskursu wokół nich. Przedstawione poniżej obiekty sztandarowe dla architektonicznego modernizmu okażą się otwarte na różne konteksty, wbrew skrajności i jednostronności mitu, jaki – nierzadko przez samych autorów –  został wokół nich rozpowszechniony.


[1.] Por. E.W. Said, Kultura i imperializm, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2009.
[2.] U. Conrads, Programmes and Manifestoes on  20th ‑Century Architecture, Cambridge, Mass.: MIT Press, 1970, s. 111,  [cyt. za:] Ch. Jencks, Ruch nowoczesny w architekturze, przeł. A Morawińska, H. Pawlikowska, Warszawa: Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, 1987, s. 46.
[3.] Ch. Jencks, dz. cyt.
[4.] Por. P. Winskowski, Miasto – od przestrzeni do koncepcji prze‑ strzeni i z powrotem, [w:] Miasto – między przestrzenią a koncepcją przestrzeni, red. M. Banaszkiewicz, F. Czech, P. Winskowski, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2010, s. 11.
[5.] Por. Ch. Jencks, Heteropolis. Los Angeles, the Riots and the Strange Beauty of Hetero ‑architecture, London–Berlin: St. Martin’s Press, 1993 (na długo zanim globalne napięcia przybrały dzisiejszą postać, zanalizował lokalne rozruchy na tle etnicznym i naniósł je na plan miasta, wskazując na ich zależności od ukształtowania przestrzeni).
[6.] W. Rybczyński, Dom. Krótka historia idei, przeł. K. Husarska, Gdańsk–Warszawa: Marabut, Volumen, 1996.
[7.] C.N. Parkinson, Prawo pani Parkinson i inne studia z zakresu wiedzy domowej, przeł. J. Kydryński, Warszawa: Książka i Wiedza, 1970, s. 54–56.
[8.] J. Galsworthy, Posiadacz (Saga rodu Forsyte’ów, 1), przeł. R. Cetnerszwerowa, wyd. IX, Katowice 2009, s. 75–76, 108–112, 123–131, 159–180, 253–256.
[9.] S. Giedion, Przestrzeń, czas i architektura. Narodziny nowej tradycji, przeł. J. Olkiewicz, Warszawa: PWN, 1968, s. 23–24.
[10.] Ch. Jencks, Ruch nowoczesny…, s. 26–27.
[11.] Ch. Alexander i in., Język wzorców. Miasta – budynki – konstrukcja, przeł. A. Kaczanowska, K. Maliszewska, M. Trzebiatowska, red. J.K. Lenartowicz, Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2008, s. 937–939.