Zrównoważony rozwój

3 [42] 2013

14 | 11 | 2014

Metody rolnicze i małe chłopskie manie

W ręku widły. Nigdy nie zrozumiałem, jak to się stało, że motyka stała się ikoną wiejskiego świata. W naszych stronach używa się wideł. Tych do siana, jak trójząb boga Neptuna, tylko z jednym zębem więcej i żelazem grubszym i mocniejszym. Wbija się je w ziemię, opierając się na drewnianym uchwycie, i odwraca glebę, potrząsając nią i uderzając zębami, żeby ją rozdrobnić. W Karnii pól nie kopie się rydlem, tylko uderza się widłami. Ruch ten, jeśli jest umiejętnie wykonany, wymaga siły dziecka. Dźwignia na uchwycie pozwala odwracać glebę wskutek nacisku zaledwie jednym palcem. Pomagając sobie kolanem, można przewrócić glebę bez nadwerężenia kręgosłupa. Wieczny to ruch, który Kobiety z Karnii opanowały lepiej od kogokolwiek. Poza tym jest chwast, który rozrasta się na polach. Po każdym cyklu kopania widłami następuje natychmiastowy ruch doświadczonej ręki, by wyrwać kępki, które, pozostawione, mogłyby dokuczać uprawom. Ale nawet chwast dawno zrozumiał, że tym kobietom wiecznym nie da rady, dlatego przygląda się z oddali.

Dlatego górskie pola wydają się ogrodami Edenu, w których rosną obfite i bajeczne plony. Fasola następuje po ziemniakach, ziemniaki po fasoli. Zawsze takie same nasiona, skrzętnie przechowywane. Zawsze ten sam obrządek, oparty na pozornie prymitywnej technologii, w istocie niezwykle skutecznej. Kobiety z Karnii tak postępują. Ciocia Aura jest jedną z nich, lecz bardziej kosmopolityczną. Ona wyjechała do „England” (jak mówi) w poszukiwaniu szczęścia. W tym pierwszym sezonie, kiedy uprawiałem ziemię motokultywatorem, stała na skraju pola, podziwiając brunatną rzekę, która wypływała spod frezu na moje stopy. Nowoczesność zawsze ją fascynowała, tym różni się od swoich rówieśnic. A więc, kiedy dolegliwości wiekowe zaczynały dawać jej się we znaki, zaprosiła mnie do wypróbowania tego cuda na jej polu. Przerzuciłem trzy lub cztery razy te niecałe sto metrów, wyciągając z nich w cudowny sposób ziemię na głębokość co najmniej trzydziestu centymetrów. Eksperyment wywołał zachwyt całej wsi i zacząłem wędrować po innych ogródkach. Staruszki, wybawione z wiecznego trudu, pobłogosławiły i pochwaliły mnie. Silnik! To demon, który czyni cuda!

W połowie czerwca odwiedziłem znowu ciocię u niej na wsi. Przy tej okazji opowiedziała mi co strasznego się wydarzyło. Powiedziała: nigdy nie miałam tyle tak miękkiej ziemi jak tego roku, ale też nigdy nie miałam tyle chwastu zarastającego moją fasolę. Szarłat był wszędzie, konstatowałem to własnymi oczyma. Amarant także na polach sąsiadek. Katastrofa. Pomyślałem, że zapewne mnie przeklinają te staruszki, dla których przez jeden dzień byłem bohaterem. Usiadłem, próbując złożyć do kupy części czegoś, czego się domyślałem. Miesiąc wcześniej potraktowane w ten sam sposób pole kukurydziane spotkał podobny los. W ciągu jednej nocy wyrosły setki castilleja coccinea, chwastu podobnego do pełzającego bluszczu, który owijał się wokół młodych roślinek. Przestraszony zadzwoniłem do Alvisego. Już rozważałem możliwość odwrócenia wszystkiego do góry nogami i zasiania od nowa. Uspokój się – powiedział – już do ciebie idę. Po południu przyjechał, przemierzył pole wzdłuż i wszerz, od czasu do czasu zatrzymując się dla zastanowienia. Wreszcie wydał wyrok: „Obronimy każdą roślinkę z osobna i będziemy wspierać inny chwast”. W pierwszej chwili wydało mi się to absurdalne. Ciężko pracowaliśmy, zginając raz kręgosłup, raz kolana, żeby nie nadwerężyć ani jednego, ani drugich. Kiedy skończyliśmy pracę, było ciemno, ale młode pędy kukurydzy, przynajmniej na razie, były bezpieczne.