Przemysłowe poprzemysłowe

1 [40] 2013

03 | 08 | 2015

Materia poprzemysłowa i poprzemysłowa społeczność

 

z Leszkiem Jodlińskim rozmawiają Anna Syska i Paweł Jaworski


ANNA SYSKA: Spotykamy się w Katowicach, stolicy regionu, w którym znajduje się wiele obiektów poprzemysłowych. Po restrukturyzacji przemysłu oraz kryzysie branży w latach 90. XX wieku obiekty te, w różnej kondycji, dotrwały do dzisiaj. Obecnie musimy się zastanowić, w jaki sposób je zaadaptować, jak wykorzystać ich potencjał – dziś już raczej przestrzenny i architektoniczny niż produkcyjny. Jakie działania można podjąć, biorąc także pod uwagę te doświadczenia, które już mamy – na przykład adaptację Browaru Mokrskich w Katowicach-Szopienicach na biura? Czy takie funkcje odpowiadają każdemu obiektowi? Czy wszystkie obiekty mające wartości architektoniczne, historyczne, a nawet artystyczne należy zachować? Jak z nimi postępować, czy potrzebna jest ich waloryzacja?

LESZEK JODLIŃSKI: Wszystko, co pani mówi, ma głęboki sens. Każdy obiekt rzeczywiście jest otwartą księgą. Na początek uściślijmy: jeśli mówimy o dziedzictwie industrialnym, mamy na myśli okres pierwszej industrializacji, a nie zabytki techniki. To jest ważne, bo na Górnym Śląsku znajdują się i takie zabytki; dlatego wolałbym, aby w odniesieniu chociażby do dziedzictwa Tarnowskich Gór mówiono o dziedzictwie technicznym albo zabytkach techniki. Dziedzictwo industrialne to wszystko, co przyniosły tutaj przemysł i industrializacja. Pytanie o waloryzację jest ogromnie ważne i trudne – także społecznie, choć tego aspektu bym nie przeceniał. Wydaje mi się, że my – mówię tutaj o społeczności mieszkającej na Górnym Śląsku – jesteśmy na tyle zajęci szukaniem nowej orientacji na przyszłość, że pytanie: ile zachować i co jest warte zachowania, trochę nam umyka. Przy pozornym bogactwie, którym dysponujemy, może się wydawać, że problem ginącego dziedzictwa nas nie dotyczy; tymczasem niekiedy bywa już aktualny.

AS: W województwie śląskim możemy nawet mieć do czynienia z klęską urodzaju, bo nie będziemy w stanie skupić się na obiektach najważniejszych, wybrać tych najbardziej wartościowych.

LJ: Klęska urodzaju jest raczej pozorna. W wielu dziedzinach, chociażby w wypadku hutnictwa, sytuacja jest odwrotna: zakładów już nie ma albo są tak zdewastowane, że za chwilę o tym dziedzictwie będzie już można opowiadać wyłącznie na podstawie miejsc, w których przemysł hutniczy niegdyś funkcjonował. Przypomina mi się film autorstwa Michała Smolorza opowiadający o jego dziadku, w dużej części kręcony na terenach Huty Metali Nieżelaznych w Szopienicach. Film wyprodukowano w 1994 roku; maszyny parowe zostały na potrzeby tego materiału dokumentalnego po prostu uruchomione i pracowały. Widziałem tę halę trzy lata temu – i już sytuacja jest zupełnie inna – teraz to cielska, których nie da się już ożywić.

Waloryzacja dziedzictwa postindustrialnego jest niezbędnym procesem i wielokrotnie o tym mówiono, jednak niewiele się wydarzyło. Społecznie, moim zdaniem, presja jest niezbyt duża, poza środowiskowymi grupami zawodowymi, które są świadome tego, o jakim dziedzictwie mówią. Aby przystąpić do wartościowania, potrzebne byłoby stworzenie listy, a wcześniej – kryteriów wyboru, co i w jaki sposób ma zostać zachowane.

PAWEŁ JAWORSKI: Jak pan sobie wyobraża taką waloryzację? Kto miałby ją przeprowadzić, według jakich kryteriów? I kto by te kryteria tworzył?