Fot. Smithson Family Foundation

Planowanie

1 [56] 2017

15 | 04 | 2017

Manifest powojennej urbanistyki (II)

ARCHITEKTURA W KRYZYSIE

Dla miast powojennej Europy przygotowano wiele niezwykłych i zaskakujących projektów urbanistycznych. Już opracowana w 1945 roku przez Macieja Nowickiego wizja odbudowy Warszawy przesuwała debatę o urbanistyce ku przyszłości. Niezrealizowany projekt Smithsonów dla Berlina, podobnie jak ich londyńskie pomysły, wpisywał się w sposób myślenia, który dążył do skonstruowania powojennego miasta i jego nowoczesnego mieszkańca od nowa. Kluczowe w tym procesie były mobilność, dostęp do usług i pracy. Wielkie budynki mieszkaniowe, ogromne puste przestrzenie oraz dominująca rola komunikacji były krokami w tym kierunku. Ich uzupełnieniem miały być wyniesione na słupach tarasy oferujące przestrzeń wolną od samochodów oraz dostęp do usług. Paradoksalnie, pomimo ogromnego wkładu w powojenną myśl urbanistyczną i debatę publiczną na ten temat, Smithsonowie raczej nie mieli szans na zrealizowanie swoich wizji mieszkaniowych. Dopiero na początku lat 70. na wschodnich przedmieściach Londynu oddano do użytku zespół Robin Hood Gardens, dwa podłużne, brutalistyczne bloki mieszkalne, w których projektanci wykorzystali, postulowane już w projekcie dla Golden Lane Estate szerokie galerie. Dzięki załamaniom w rzucie linie tych budynków wytwarzały pełen ekspresji układ przestrzeni wspólnej, którą zagospodarowano zielenią oraz urządzeniami przeznaczonymi do rekreacji.

Wybudowany dwie dekady po ich głośnym konkursowym projekcie zespół Robin Hood Gardens wydawał się zamykać pewną epokę. Powstał w kolejnym węzłowym momencie powojennej historii Zachodu, tuż przed wybuchem kryzysu paliwowego oraz wyburzeniem osiedla Pruit-Igoe w Saint Louis, które uczeń związanego z The Independent Group Reynera Banhama, Charles Jencks, wskazał jako symbol śmierci modernizmu. Kolejna generacja krytyków i projektantów ostrzyła sobie już ołówki, aby przekreślić dorobek poprzedników, i tak jak oni przed laty, wyjść z nową kontrpropozycją. To, co istotne w tym przypadku, to fakt, że ich krytycyzm szybko podchwycili ówcześni politycy. Lata 70. to dla Wielkiej Brytanii czas kryzysu gospodarczego, krwawych zamachów terrorystycznych IRA, coraz głośniejszej dyskusji o kolonialnej przeszłości i pogłębiającego się kryzysu ekologicznego. Architektura powojennego modernizmu została wówczas odczytana jako jedna z przyczyn tych problemów. Energochłonna, wizualnie nieprzyjemna, szybko starzejąca się i nielicząca się ze skalą potrzeb pojedynczego człowieka stała się łatwym celem ataków postmodernistów. Kiedy władzę w kraju na nowo i na lata przejęli torysi, a na czele rządu stanęła Margaret Thatcher, wspierająca ją prawicowa prasa szybko wyczuła architektoniczną krew. Modernizm został przedstawiony jako patologia, generator miejsc estetycznie nie do zniesienia oraz wypełnionych przemocą, rozbojami i gwałtem. Konserwatywna polityka mówiła wprost, że powojenny eksperyment się nie udał, że należy znieść ograniczenia dla wolnego rynku i wziąć udział w globalizacji, a mieszkalnictwo nie powinno już być domeną aktywności państwa. Zmiany wymagały wrogów, szybko stali się nimi strajkujący robotnicy z upadających ośrodków przemysłowych północnej Anglii, a narzędziem do zohydzania tej grupy brytyjskiego społeczeństwa przez populistyczne, prawicowe bulwarówki było zamieszkiwane przez nią modernistyczne środowisko mieszkaniowe, przedstawiane jako dziejowa pomyłka i katastrofa. Medialna nagonka legitymizowała radykalne rozwiązania rządu Thatcher oraz sprzyjała budowaniu skierowanej do klasy średniej narracji o tym, co było dotychczas błędem, a co jest właściwe.

Na fali polityki deregulacji Margaret Thatcher i jej środowisko polityczne przedstawiło także jeszcze jedną, tym razem konstruktywną ideę wobec powojennego mieszkalnictwa. Od początku lat 80. w imię hasła Right to buy (Prawo do kupna) dotychczasowi najemcy mogli za niewielkie sumy nabywać swoje często owiane mitem slumsów mieszkania. Prywatyzacja dużej części powojennej masowej produkcji mieszkaniowej uczyniła wynajmujących posiadaczami i równocześnie włączyła ich w obręb klasy średniej. Ten prosty manewr był później powtarzany w jeszcze wielu krajach, na przykład w Polsce, często zmuszając mieszkańców do większego zaangażowania w realne, a nie wyobrażone w utopijnej modernistycznej narracji życie społeczności oraz dając im narzędzie do powiększania miesięcznych dochodów poprzez wynajem własności. Z czasem wyczyszczone z graffiti, wyremontowane bloki stały się modne, zaczęto o nie walczyć, wpisywać do rejestru zabytków, organizować poświęcone ich historii i tożsamości festiwale oraz wydarzenia kulturalne. To specyficzne życie po życiu pozwoliło na nowo odczytać ich wartość i pokazać pozytywne strony społecznego przewrotu powojennej Wielkiej Brytanii. Paradoksalnie wśród przegranych, którzy nie załapali się na nową modę, jest jedyny zrealizowany według projektu Smithsonów kompleks mieszkaniowy, Robin Hood Gardens. Kiedy powstawał, był jeszcze jednym robotniczym zespołem na głębokich obrzeżach miasta. Dekadę później, w nowej rzeczywistości politycznej położone w jego pobliżu poprzemysłowe już obszary dawnych stoczni i portu postanowiono przeznaczyć pod budowę centrum finasowego Canary Wharf. Tuż obok prostych, brutalistycznych bloków nagle zaczęto wznosić szklane wieżowce dla tysięcy pracowników sektora usług finansowych. Ironia historii jeszcze silniej dała o sobie znać wraz z przyznaniem Londynowi organizacji Letnich Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku. W związku z globalnym wydarzeniem w pobliżu bloków Smithsonów wzniesiono wielki kompleks budynków sportowych i komercyjnych. W nowej, sprywatyzowanej rzeczywistości bloki Robin Hood Gardens szybko padły ofiarą rynku deweloperskiego. Ich wyburzenie stało się symbolem nie tylko porażki wizjonerów powojennego modernizmu, ale także marzeń o egalitarnym społeczeństwie.