Planowanie

1 [56] 2017

15 | 04 | 2017

Lepiej sprawdzić, czy ten system jest wydolny

DLR: Czego dowiedzieliście o mieście z perspektywy bardziej rozczłonkowanej? I jak te centra są przyjmowane?

MH: Te działania cieszą się poparciem, choć nie bez przeszkód. Wiele dyskusji dotyczy na przykład kwestii parkingowych. Co jest bardziej potrzebne – szerokie chodniki dla pieszych, skwery czy miejsca dla pojazdów. Ale przeważają reakcje bardzo pozytywne i wielkie poparcie dla kolejnych tego typu działań. Ten projekt pokazał wielką potrzebę lokalności i ujawnił, jak wiele jest wspaniałych miejsc w Warszawie, znanych tylko najbliższym sąsiadom – czy to w Ursusie Niedźwiadku, czy na Bródnie.

DLR: Jaki jest stelaż prawny dla działań architekta i jakie jest prawo w odniesieniu do planowania urbanistycznego, dzisiaj, po deregulacji zawodu urbanisty? Co określają wuzetki, a co studium?

MH: Niestety mam czasem wrażenie, że ustawodawca zmusił nas do pływania w dość mętnej wodzie. Mam nadzieję, że zmieni to opracowywany obecnie kodeks urbanistyczno-budowlany. W tym momencie sprawy przestrzenne reguluje kilkadziesiąt aktów prawnych – ustaw i rozporządzeń, niekoniecznie spójnych. Podstawy planistyczne określa dla miasta studium, jak wspomniałam – w Warszawie już dziesięcioletnie. A przecież w czasie dekady tak wiele się zmieniło – przede wszystkim podejście do transportu. Już nikt nie wierzy, że kolejne pasy ruchu i większe skrzyżowania zlikwidują korki. Studium jednak wciąż wyznacza taki kierunek rozwoju, rezerwując na przykład duże powierzchnie na drogi, które, jak już wiemy, nigdy nie powstaną. Podstawowym aktem prawa miejscowego jest plan miejscowy, który musi być zawsze zgodny ze studium. Czasem dlatego stoimy z planem i nie możemy go uchwalić, bo zakonserwowałby tylko w przestrzeni już nieaktualne decyzje studium. W dużej części jednak powstające plany bez problemu mogą odpowiadać zapisom studium i powinny powstawać jak najszybciej. Napotykają jednak różne przeszkody, które spowalniają prace. Czasem przygotowywane są tak długo, że ich założenia przestały być już aktualne. Obecnie w Warszawie 1/3 powierzchni pokryta jest planami, kolejna 1/3 jest w opracowaniu, przy czym celem nie jest pokrycie 100 procent powierzchni. Berlin czy Wiedeń mają pokrycie na poziomie czterdziestu paru procent i jest to całkowicie wystarczające, pod warunkiem, że plany regulują zasady kształtowania kluczowych w skali miasta przestrzeni. No i kolejny poziom – wuzetki, czyli decyzje o warunkach zabudowy wydawane tam, gdzie nie ma planów. Niestety nasza plaga, bo zgodność ze studium i projektami planów zależy tylko od intencji, a nie prawa. Prawo pozwala jedynie na zawieszenie wydania decyzji na dziewięć miesięcy, jeśli przygotowywany jest plan, a to często za mało. Dla jasności dodam jeszcze, że w Warszawie kompetencje wydawania wuzetek (jak i pozwoleń na budowę) podzielone są między ogólnomiejskie Biuro Architektury i Planowania Przestrzennego, którym kieruję, oraz dzielnice. My zajmujemy się tylko inwestycjami powyżej 15 tysięcy metrów kwadratowych albo 30 metrów wysokości.

DLR: W opinii aktywistow miejskich i badaczy, chaos utrzymywany jest celowo – wiele czynnikow na nim korzysta. Czy zgodzisz się z taką diagnozą?

MH: Jako planista specjalizuję się przede wszystkim w patrzeniu w przyszłość. Szanuję tych, którzy zajmują się badaniem źródeł procesów, ale nie fascynuje mnie to aż tak bardzo. Dlatego nie potrafię powiedzieć, czy niejasność przepisów i brak transparentności w procesach decyzyjnych to rezultat działań świadomych. Na pewno ja i mój zespół staramy się to nadrobić. Podejmujemy naprawdę wiele działań, które zmierzają do uczytelnienia procesu planistycznego i standaryzacji procedur. Pracujemy na przykład nad ujednoliceniem procedur pozyskiwania warunków zabudowy i pozwoleń na budowę we wszystkich dzielnicach. Mam nadzieję, że wyniki będą już wkrótce bardzo widoczne. Ale nie mogę się oprzeć refleksji, że w tej mętnej wodzie niektóre ryby nauczyły się bytować lepiej niż inne. To nie są działania bezprawne, a raczej na granicy przepisów, których nieprecyzyjność to umożliwia.

DLR: Miasto przyszłości – jakie będą najważniejsze problemy, wyzwania, przemiany – związane z komunikacją, modelem pracy i życia? Tutaj proszę trochę o zabawę w futurologię.

MH: No cóż, zaczęłam swoją pracę w urzędzie wywiadem, któremu autor Dariusz Bartosiewicz nadał tytuł Warszawa zielona i siwa. I coś w tym jest. Może widzę miasto przez pryzmat siebie, swoich znajomych i bliskich, ale tak właśnie widzę przyszłość miast – jako przestrzeni dostępnych, dobrych do życia dla ludzi w różnym wieku i o różnym statusie. Do tego w bliskości z przyrodą. W szaleńczym trybie życia czasem nie dostrzegamy nawet rytmu pór roku, jaskrawe światła zakłócają naturalny podział na noc i dzień. Można się tym zachłysnąć, ale to krótkotrwała przyjemność. W zrównoważonym życiu potrzebujemy zrównoważonego miasta, w którym możemy znaleźć miejsce dla siebie – zarywając noce za młodu, wychowując dzieci, pracując i zarabiając, i po prosu żyjąc w swoim miejscu na świecie. Rozwijające się technologie bardzo zmieniają nasze życie. W coraz bardziej zdominowanym przez urządzenia i wirtualność świecie widać też potrzebę powrotu do prostych życiowych przyjemności – sporządzania i spożywania posiłków w gronie rodziny i przyjaciół, kontaktu z przyrodą przez spacery ale też własnoręczną uprawę roślin i utrzymanie w domach zwierząt. Te bardzo pierwotne instynkty dają nam realne poczucie spełnienia. Oczywiście nowe technologie to cenne narzędzie dające nam dostęp do informacji o mieście i mieszkańcach, których dotąd nie można było pozyskać. Miasto „smart” to przede wszystkim miasto, które z tej wiedzy potrafi skorzystać.