Planowanie

1 [56] 2017

15 | 04 | 2017

Lepiej sprawdzić, czy ten system jest wydolny

DLR: W dyskusji na temat katastrofy planistycznej po ‘89 roku na pierwszy plan wysuwa się absolutyzację własności prywatnej. Co ciekawe, często ta deklarowana ważna własność prywatna, to interes globalnego kapitału. Jak widzisz, możliwości wprowadzania innej hierarchii wartości do narracji o mieście? Myślę tutaj o dobru wspolnym (the commons) czy o aprecjacji wspolnoty?

MH: W pracy dla miasta dyskusja o własności prywatnej i władztwie planistycznym ciągle wraca. To bardzo trudne rozmowy. Może to kwestia naszych doświadczeń jako społeczeństwa – wciąż postrzegamy własność prywatną jako odzyskane dobro, z którego nie można ustąpić nawet o krok. A przecież to właśnie na wartościach wspólnoty opiera się nasza cywilizacja. Nasze miasta powstały w oparciu o umowy społeczne, w ramach których zawsze zyskom z życia w mieście towarzyszyły związane z tym obowiązki na rzecz wspólnoty – od podatków po dbałość o piękno i czystość. O statusie przedwojennej kamienicy świadczyło też jej przedpole – gospodarz zamiatał i polewał wodą także chodnik przed wejściem. Dziś mam wrażenie, że czasem nawet luksusowym sklepom czy restauracjom nie przeszkadzają śmieci przed drzwiami. Obowiązek kończy się tam, gdzie własność. I podobnie jest z prawem. Co z tego, że wszyscy mogą zyskać, jeśli zabudowa ulicy będzie spójna i elegancka, kiedy w grę wchodzi zysk z jeszcze kilku kondygnacji. I oczywiście kiedy chodzi o mój zysk – bo jeśli te kilka kondygnacji wybuduje sąsiad, to nagle wraca odpowiedzialność za dobro wspólne i pytania do planistów i urzędników, jak mogli do tego dopuścić. Niestety – jedyna szansa na zmiany to rosnąca świadomość i edukacja. To lekcja, którą musimy odrobić. Zasad życia we wspólnej przestrzeni musimy uczyć od najmłodszych lat. Ale wierzę, że to możliwe. Przyzwyczailiśmy się do sortowania odpadów. Korzystamy z rowerów i autobusów. Może zrozumiemy, że w mieście są miejsca do budowy bloków i są miejsca do budowy domów jednorodzinnych.

DLR: Jak wprowadzać poszczegolne pojęcia do hierarchii wartości? Czy udaje wam się w gronie pracownikow Urzędu definiować dobre miasto i osiągać jakiś rodzaj konsensu?

MH: Jako miasto staramy się te zasady nie tylko narzucać, ale przede wszystkim edukować, dyskutować, wypracowywać w uspołecznionym procesie, co dobrze widać choćby przy tworzeniu Strategii 2030. Ale też musimy ściśle współpracować między poszczególnymi sektorami. Jedną z najważniejszych zmian, jakie wprowadza nowy zarząd miasta, jest matrycowa struktura urzędu w miejsce dotychczasowych pionów. W obrębie biur też staramy się łączyć działania i ustalać hierarchię wartości. W nieformalnej grupie analizujemy projekty przestrzenne ze stołecznym konserwatorem, zarządem zieleni, zarządem dróg.

DLR: Stowarzyszenie Odblokuj mierzyło się z realnością, najpierw praskich podworek, a potem osiedli. Jaki powinien być „plan” na wielkopłytowe osiedla w Polsce?

MH: To pytanie ma wiele odpowiedzi. Są różne osiedla – niektóre to świetne przestrzenie do życia, które jeszcze posłużą pokoleniom. Ale są też osiedla o tak słabej lokalizacji, strukturze i co tu dużo mówić – złej sławie, że nie warto inwestować w ich modernizację. Takim przykładem jest słynna już Dudziarska w Warszawie. Zastanawialiśmy się nad możliwością przekształceń tego osiedla, zwłaszcza że dotąd peryferyjna lokalizacja teraz jest atutem, bo ruszyły nowe połączenia komunikacyjne. Ale położenie między torami zawsze będzie generowało wypadki. Ludzie nie mogą żyć zamknięci, nawet na luksusowej wyspie. Ten teren przeznaczymy więc na inne funkcje, które są w mieście potrzebne – zajezdnię czy sortownię odpadów. To skrajny przykład. Najwięcej jednak osiedli to średni poziom – nie bardzo złe, ale i nie dobre. Odpływają zamożniejsi mieszkańcy, przybywa mieszkań na wynajem, co samo w sobie nie jest złe, ale nie pomaga w budowaniu wspólnoty. To właśnie najczęstszy problem blokowisk – apatia, zamknięcie w czterech ścianach mieszkania i wąskim kręgu rodziny. Niestety sprzyja temu monofunkcyjność osiedli mieszkaniowych, brak usług społecznych i słaba jakość przestrzeni publicznych. Receptą na te problemy jest między innymi program budowy i rozwoju centrów lokalnych. W ramach tego projektu szukamy istniejących i potencjalnych przestrzeni styku funkcji handlowych, usługowych, rekreacyjnych, kulturalnych, gdzie naturalnie generuje się ruch mieszkańców, przedstawicieli różnych grup i pokoleń. I w te miejsca chcemy inwestować, by podnosić jakość bezpośredniej przestrzeni życia mieszkańców. Obecnie realizujemy dziesięć lokalizacji pilotażowych – bardzo rożnych – targowisk, skwerów, placów, zespołów modernistycznych pawilonów. Te prototypowe działania mają dać nam wiedzę, jak prowadzić ten proces w większej skali.