Wojna

3 [46] 2014

10 | 08 | 2015

Książę, który kochał swoją żonę i gardził swoimi narodami (I)

Ostatnie spokojne dni księżna i arcyksiążę spędzili w swoim majątku, na zamku w Chlumie1. Skończył się rok szkolny, więc dzieci pojechały z nimi. Nie zamierzali jednak zabierać ich z sobą do Sarajewa ani wysyłać do Wiednia. Woleli, żeby zostały na miejscu. „Tutaj, na świeżym powietrzu czeskiej prowincji, będzie im bardzo dobrze” – myślała Zofia. Chciała ustrzec synów od wielkich miast, warkotu silników Diesla i pisków maszyn parowych oraz chłodu, który przenika grube mury pałacu i aż do lipca, sierpnia ich nie opuszcza. Matka i ojciec drżeli o ich zdrowie, mimo że głośno o tym nie mówili. Arcyksiążę latami cierpiał na gruźlicę i chociaż lekarze stwierdzili, że już wyzdrowiał, w każdej chwili choroba mogła wrócić. W tamtych czasach na suchoty umierały całe rodziny, usychały drzewa genealogiczne królów i proletariuszy – wszystkich, bez względu na pochodzenie – zatem ów niepokój o synów był uzasadniony. W tej trosce Franciszka Ferdynanda i Zofii nikt na dworze nie wspierał. Stary cesarz i król nie akceptował bowiem ani jej, ani jej dzieci, i tą niechęcią zarażał również innych. W ostatnich tygodniach znowu niedomagał. Jego śmierć stawała się coraz bardziej realna, nikt jednak nie umiał sobie wyobrazić, co będzie potem. Już bardzo posunął się w latach, wydawał się starszy, niż był w istocie. Za jego życia, w czasie ponad sześćdziesięciu lat sprawowania władzy, świat zmienił się nie do poznania, zmieniły się Austria i Wiedeń, niegdysiejsi sojusznicy przeszli do obozu wrogów, a wrogowie – na stronę sojuszników; tam, gdzie kiedyś płonęły świece, teraz montowano elektryczne oświetlenie, ludzie pływali wycieczkowcami do Ameryki i wracali pełni wyobrażeń, każdy z aparatem i fotografią samego siebie pod pachą, a przecież w młodości Franciszka Józefa tylko on mógł robić sobie zdjęcia. Nawet ruchome obrazy przestały kogokolwiek zdumiewać: obywatele Austro-Węgier tłumnie chodzili już przecież do iluzjonów na filmy amerykańskie i niemieckie. Tak, przez te lata wszystko stało się bardzo, bardzo dziwne i aż strach było pomyśleć, co będzie, kiedy monarchia umrze.

I nagle, przed podróżą, kłopoty! Mieli jechać salonką przyłączoną do wiedeńskiego ekspresu, ale okazało się, że coś nie gra z osiami wagonów. Stal pękała, od wstrząsów albo z zimna, była porowata i krucha, zupełnie inna od tego, co sobie wyobrażali, mówiąc „stal”. Wsiedli więc do najzwyczajniejszego wagonu pierwszej klasy. Ruszyli, lecz w pewnym momencie pociąg stanął w szczerym polu. Przyszedł adiutant arcyksięcia i zakomunikował, że gdzieś zapaliły się osie. Znowu one. „Pięknie zaczął nam się wyjazd. Tu się pali, a na południu polecą na nas bomby!”. Franciszek Ferdynand lubił dowcipkować, a świadomość, że jego słowa krążą dalej przenoszone z ust do ust, napawała go dumą. Dlatego to powiedział. Zofii jednak tym nie rozśmieszył. Była trochę przesądna, ponadto, jak każda matka, martwiła się. Nie, żeby oczekiwała w Sarajewie bomb, po prostu jego uwaga wydała się jej nie na miejscu. Takimi żartami, sądziła, mężczyźni ściągają nieszczęście.

Nie minęły dwa miesiące, a już kilkaset osób twierdziło, że świadkowało temu proroctwu arcyksięcia. Jeśli im wierzyć, w chwili, kiedy padły te dwa pamiętne zdania, w przedziale była z nim cała rzesza ludzi: ministrowie, generałowie, oszuści, awanturnicy i przyszli pamiętnikarze – postaci sławne i zupełnie anonimowe.

W Wiedniu dojechali do Belwederu i się rozstali. Dlaczego nie kontynuowali podróży razem? Ze względów protokolarnych. Zakazano im. Księżna nie mogła wziąć udziału w delegacji do Sarajewa, ponieważ mimo że poślubiła Franciszka Ferdynanda, czego już nikt nie kwestionował, to z punktu widzenia państwa była nikim. Tak to interpretował dwór i sam Franciszek Józef, który w dalszym ciągu prowadził z arcyksięciem wojnę, poniżał go i na wszelkie sposoby utrudniał mu życie. Ale następca tronu nie pozostawał dłużny. Zdecydował, że jeśli jego żona nie może pojechać oficjalnie, pojedzie prywatnie. I dopiął swego. Już kilka dni później razem zażywali przejażdżki po Sarajewie, trzymali się za ręce, spacerowali i robili wszystko to, co on, na złość staremu stryjowi, zaplanował, ponieważ bez względu na presję dworu nadal istniały sfery, na które miał wpływ.

Udał się na wiedeński Dworzec Południowy, wsiadł w pociąg i ruszył do Triestu.

Był pogodny letni poranek 24 czerwca 1914 roku. Arcyksiążę w admiralskim mundurze z rękoma skrzyżowanymi na plecach spacerował po falochronie. Mimo wczesnej pory, nie minęła ósma, słońce prażyło jak w lipcowe południe. Franciszkowi nie towarzyszyła czereda adiutantów, generałów, admirałów ani cesarskich kamerdynerów – tych wszystkich darmozjadów w kapeluszach z chwostami pawich piór albo kitami innych egzotycznych ptaków. On gardził wianuszkami służby, całą tą świtą skupioną wokół starego władcy. Uważał, że Austrii upadek nie grozi ze strony zewnętrznych wrogów, a właśnie tej wystrojonej bandy dworaków. Dlatego modernizację państwa, w którą notabene głęboko wierzył, najchętniej rozpocząłby od rozgonienia tej wiedeńskiej operetki na cztery wiatry.

Potem wsiadł na statek o nazwie Viribus Unitis – „wspólnymi siłami”. Tak brzmiało oficjalne motto Franciszka Józefa I. Ten nowy, zwodowany 24 czerwca 1911 roku w Trieście, pancernik, najpiękniejszy i najpotężniejszy okręt habsburskiej floty w dniu swoich trzecich urodzin wyszedł w morze, biorąc kurs na Metković. Czy to był dobry czy zły znak?

Cztery i pół roku póżniej, 31 października 1918, w porcie w Puli, na polecenie cesarza Karola I, dowódca Austro-Węgierskiej Marynarki Wojennej, regent Węgier i dyktator in spe admirał Miklós Horthy oddał Viribus Unitis razem z całą flotą pod dowództwo reprezentującej przyszłe państwo Słoweńców, Chorwatów i Serbów zagrzebskiej Rady Narodowej. Zwierzchnik nowo powstałej armady, pochodzący z Liki2 Janko Vuković-Podkapelski, rozkazał, by przy dźwiękach chorwackiego hymnu na statku podnieść chorwacką flagę. Tego dnia, a był to czwartek, pierwszy raz w historii Nasza piękna, czyli Chorwacka ojczyzna Antuna Mihanovicia i Josipa Runjanina, została wykonana jako oficjalny hymn. Do tej pory była tylko uroczystą pieśnią miejscowego ludu, teraz stanął za nią autorytet państwa. Prawdziwego czy fikcyjnego – wszystko jedno, dla samego utworu nie miało to żadnego zdarzenia. Przecież, koniec końców, wszystkie kraje bez wyjątku są tylko fantomami zbiorowej wyobraźni, organizmami, które w swojej istocie niczym nie różnią się od ula albo mrowiska.

Podczas hymnu okręt Viribus Unitis opuścili marynarze nie-Słowianie. Schodzili z pokładu ze zwieszonymi głowami. Nikt ich nie zatrzymywał, ponieważ nowe państwo przyjmowało tylko wybranych. Gdyby było inaczej, nie nazywałoby się Królestwem Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Wśród niepożądanych członków załogi znalazło się dwóch włoskich poruczników, imiennicy: Raffaele Rossetti i Raffaele Paolucci, którzy przed zejściem na ląd pod statkiem zamontowali „machinę piekielną”. Bomba eksplodowała I listopada o 6.20. Razem z drednotem, jednym z najnowocześniejszych pancerników ówczesnej Europy, na dno poszedł pechowy Janko Vuković-Podkapelski, przez potomnych zapamiętany jako zasłużony Chorwat i Jugosławianin, uwieczniony w dwóch słabiutkich powieściach ostatni dowódca SMS Viribus Unitis.

Interesujący okazał się los dwójki spiskowców. W powojennych Włoszech obu fetowano z wojskowymi honorami, odznaczono ich medalami za męstwo i awansowano na pułkowników. Paolucci kontynuował karierę jako zawodowy żołnierz. W czasie II wojny światowej walczył w Abisynii, po czym okrzyknięto go bohaterem, wzorowym patriotą. Był zajadłym nacjonalistą. Rossetti podążył natomiast inną drogą. Kiedy tylko czarne koszule doszły do władzy, zaangażował się po przeciwnej stronie, założył antyfaszystowską organizację L’Italia Libera, a kiedy Mussolini wzmocnił dyktaturę, wyemigrował do Francji. Na początku wojny domowej w Hiszpanii trafił do Barcelony i dołączył do republikanów. Pracował w radiu i jako propagandysta wymyślał zagrzewające do boju hasła. W akcie zemsty rząd włoski odebrał mu wówczas złoty medal za męstwo. Zwrócono mu go dopiero po upadku Duce. Paolucci cieszył się tym odznaczeniem do końca swoich dni.

Snując tę opowieść, odeszliśmy od Franciszka Ferdynanda, który w dalszym ciągu dostojnie przechadzał się po falochronie w Trieście. Niebawem miało go spotkać to, co kilka lat później spotkało statek. Ich losy pokryły się jak rzadko kiedy. Kto komu przyniósł nieszczęście: Viribus Unitis arcyksięciu czy odwrotnie – to pytanie dobre dla kabalarek, historyków i całej reszty objaśniaczy dobrych i złych znaków na niebie i ziemi.

Na razie jednak nikt niczym się nie martwił. Wprawdzie cesarz Franciszek Józef chorował, a jego bratanek jechał właśnie do Bośni na manewry wojskowe, ale Europa wciąż żyła wesoło i beztrosko.

Rejs trwał dwadzieścia cztery godziny. Morze było spokojne, podróż – przyjemna, nikt za bardzo się nie spieszył. W Metkoviciu, u wrót Hercegowiny, arcyksięcia przywitał wojskowy gubernator Bośni Oskar Potiorek, który jako gospodarz kraju wiernie towarzyszył mu w czasie całego pobytu.

Franciszek Ferdynand lubił dalekie wojaże. Legitymował się fragmentarycznym, powierzchownym wykształceniem, nie grzeszył błyskotliwością, nie przepadał za literaturą, sztuka go nie interesowała, smak estetyczny i wyczucie społeczne miał na poziomie przeciętnego drobnomieszczańskiego wiedeńczyka, lecz globtroterstwo uwielbiał. Marzył o wyprawie dookoła świata i chociaż na dworze, uznawszy to za fanaberię, próbowano przemówić mu do rozsądku, osiągnął swój cel. Ponieważ arcyksięcia, i to była kolejna ważna jego cecha, odznaczał ośli upór. Z takim charakterem mógł tylko zostać wielkim władcą albo tragicznie zginąć. Ni mniej, ni więcej.

Będąc w podróży, zawsze prowadził sumienne zapiski. Opublikowano je kilkadziesiąt lat po jego śmierci i, choć nie mają żadnej wartości literackiej, stanowią interesujący materiał historyczny, świadectwo epoki i poglądów arcyksięcia. Franciszek, co wielokrotnie podkreślał w rozmowach, uważał, że każdy władca, zanim obejmie tron, powinien zwiedzić cały świat. Ale nie palcem po mapie, lecz twarzą w twarz, w drodze. Dlatego gotów był uczyć się języków obcych. jako przyszły król i cesarz chciał bowiem znać mowę wszystkich poddanych sobie narodów. W tym kierunku poczynił już nawet pewne kroki. Zresztą jego stryj, stary Franciszek Józef, wyznawał podobną filozofię. Kiedy wiosną 1910 roku odwiedził Mostar, też próbował użyć kilku lokalnych słów. Zrobił to jednak tak nieudolnie, że swoim wystąpieniem ani nie wzruszył, ani nie zjednał sympatii słuchających go Słowian. Tak samo, przy różnych oficjalnych okazjach, kaleczył pozostałe języki swojego olbrzymiego imperium. Sto lat później ten styl komunikacji będzie się nam kojarzyć z innym żarliwym przeciwnikiem nacjonalizmu, Janem Pawłem II.

Franciszek Ferdynand miał poważne ambicje. Pragnął żartować we wszystkich narzeczach cesarstwa, bez przeszkód porozumiewać się z narodami, wobec których żywił kolonialne uprzedzenia. W przeciwieństwie do stryja – wielkiego, wszechogarniającego męża stanu o ponadnarodowych ambicjach – on do końca został tylko Austriakiem. Austriakiem i dumnym ze swojej małej ojczyzny wiedeńczykiem, personą o mentalności kibica piłki nożnej. Nie znosił przede wszystkim Węgrów. Ich niepodległościowe aspiracje wyjątkowo go denerwowały i spędzały mu sen z powiek przez te wszystkie lata, od kiedy został następcą tronu. O sprawie węgierskiej rozmyślał też w drodze do Sarajewa, kiedy po dobie spędzonej na Viribus Unitis stawiał pierwsze, niepewne kroki na kamienistym nabrzeżu portu w Metkoviciu. Dla niego wielkim tematem był Budapeszt, a nie Sarajewo. Słowianie wciąż nastręczają państwu poważniejszych trudności, toteż ich kwestię arcyksiążę planował rozwiązać, nadając im status równoprawny z Austriakami i Węgrami. Niech wielka monarchia oficjalnie będzie też słowiańska. Niech poznają jego szeroki gest, mądrość i wielkoduszność. Sarajewo i Bośnia to dla niego pestka.

Kiedy pułkownik Albert von Magutti zapytał go o zdanie na temat różnic między Słoweńcami i Chorwatami a prawosławnymi Serbami, arcyksiążę uśmiechnął się pobłażliwie i zawyrokował: „To oczywiste, katolicy muszą być uprzywilejowani”. Maguttiego, urodzonego rijeczanina i człowieka pogranicza, dziwiła i zastanawiała beztroska, z jaką Franciszek Ferdynand rozwiązywał podstawowe problemy C.K. Monarchii. Po wojnie pułkownik wybrał Włochy i zamieszkał w Trieście, skąd pochodzili jego rodzice. Umarł w 1940 roku w Wiedniu. Do końca życia z miłością wspominał poczciwego Franciszka Józefa I, jego następcę zaś – z niesłabnącym przerażeniem.

Arcyksiążę tak samo delikatnie podchodził do sprawy narodowościowego zróżnicowania Bośni, na której łamał sobie zęby jej każdy zarządca, nie wyłączając wykształconego, nowoczesnego i inteligentnego barona Benjámina Kállaya. Generałowi Alexandrowi Broschowi, doradcy wojskowemu i najbardziej wpływowej osobie ze swojego otoczenia politycznego, tak oto wyjaśniał, jak przezwyciężyć aporię bośniackiej tożsamości: „Najpierw ich wszystkich – prawosławnych, muzułmanów i katolików – należy wrzucić do jednego kotła, a potem katolikom pozwolić powoli wypływać na wierzch”. Jego stanowisko zasadniczo kłóciło się z austro-węgierskim planem wobec Bośni po jej zajęciu w 1878 roku, który przewidywał społeczną modernizację regionu oraz wyznaniową i obywatelską emancypację wszystkich jego mieszkańców. Takie podejście z jednej strony pozostawało w zgodzie z duchem filozofii cesarza, z drugiej natomiast wynikało z postanowień kongresu berlińskiego i ustalonych wówczas warunków okupacji. Aneksja w 1908 roku stanowiła nie tylko radykalny zwrot w polityce C.K. Monarchii, lecz także zapowiedź mocarstwowych ambicji przyszłego władcy. Bo chociaż Franciszek Ferdynand sam nie zabiegał o Bośnię i Hercegowinę, to jej wcielenie do imperium potraktował jak dar ofiarowany mu w przededniu koronacji. Zabór położył kres rządom w stylu Franciszka Józefa czy propagującego ideę kosmopolitycznego bośniactwa Benjámina Kállaya i oznaczał przyjęcie, biskiej samemu arcyksięciu, twardej linii katolickiej. Reprezentował ją Josip Stadler, pierwszy arcybiskup metropolita wszechbośniacki, który już wcześniej konsolidował tamtejszych katolików, umacniając w nich chorwackość i zaszczepiając wierność Austrii. Jednocześnie krzewił przesądy i nienawiść do prawosławnych heretyków oraz muzułmanów. A oni, szczególnie Serbowie, to czuli, więc narodowa gorączka się nasiliła.

Wszelako Franciszek Ferdynand na nich i na ich opór patrzył z mieszanym uczuciem pogardy i lekceważenia. „Kim w ogóle są ci Serbowie i gdzie w ogóle jest ta Serbia, żeby się nią przejmować? I skąd ich tyle w Bośni? Dlaczego nie mieszkają u siebie, tak jak na przykład Afrykanie w Afryce, Chińczycy w Chinach, myszy w myszołowach?”, dociekał arcyksiążę, a od środka wypełniał go coraz większy gniew. Wiemy o tym z raportów, które w czasie kryzysu aneksyjnego i później pisał dla cesarza Franciszka Józefa. Był w nich konsekwentnie poważny, drobiazgowy – chciał zaimponować stryjowi – i, rzec jasna, cyniczny. Dzięki takiej postawie rósł we własnych oczach. Cynizmem nadrabiał luki w wykształceniu i bronił się przed wyobraźnią współrozmówców. Następca tronu cierpiał bowiem na chroniczny niedobór fantazji i nie tolerował jej u innych. Narzekał, jak można wymyślać nieprawdziwe historie, opowiadać o czymś, co nie istnieje, pytał, czym takie rojenia różnią się od kłamstwa.

W 1910 roku reprezentował głowę państwa na pogrzebie króla Wielkiej Brytanii Edwarda VII. Jego relacje przytoczył Vladimir Dedijer w monumentalnym dziele Sarajewo 1914. Historyka najwyraźniej zafascynowała jej treść, do złudzenia przypominająca sprawozdania z celebryckich bankietów, jakie dziś na swoich łamach chętnie zamieszczają chorwackie tabloidy, gdyż zacytował ją in extenso. Wspominając w niej osoby, które wydały mu się antypatyczne, arcyksiążę tak pisał do cesarza: „Zaproszeni na kolację zarówno pierwszego, jak i drugiego wieczora dwaj republikanie [Stéphen – M.W.] Pichon i Roosvelt wyróżniali się rażącym brakiem dworskich manier, osobliwie Roosevelt był nader rubaszny, by nie powiedzieć po niemiecku: ordynarny”. W przypisie Dedijer zaznaczył, że nazwisko amerykańskiego prezydenta Theodore’a Roosevelta Franciszek Ferdynand podał w formie „Rooseveldt”, podkreślając tym samym jego żydowskie pochodzenie.

Jednak w konfrontacji z tym, co stało się później w Sarajewie, bardziej interesujący wydaje się inny fragment: „Spośród władców znałem, oczywiście, prawie wszystkich. Pozwoliłem się przedstawić jedynie królowi Portugalii, natomiast następcy tronów Turcji i Serbii zostali przedstawieni mnie. Pierwszy z nich w swojej nowej roli wciąż czuł się co najmniej niewygodnie. Przez cały czas dyskretnie udzielał mu wskazówek jakiś na oko bardzo inteligentny pułkownik sztabu generalnego wojska tureckiego. Drugi zaś wyglądał jak zła kopia Cygana”.

To było wszystko, czego z relacji bratanka o serbskim sukcesorze dowiedział się Franciszek Józef. Że wyglądał, jak zła kopia Cygana. Naturalnie należy mieć świadomość kontekstu historycznego: języka epoki i ówczesnych zasad dyplomatycznej poprawności oraz tego, że chodzi o poufny dokument (szczerze powiedziawszy, w cotygodniowym przeglądzie tajnej korespondencji Departamentu Stanu USA wyczytalibyśmy dużo o wiele gorszych rzeczy), niemniej to zastanawiające, iż w wychowanym na dworze carskim, zaledwie dwudziestoletnim królewiczu Aleksandrze, który dopiero od roku nosił tytuł następcy tronu, Franciszek Ferdynand dopatrzył się złej kopii Cygana. Sęk w tym, że młody Serb miał jasną cerę i był prawie o głowę wyższy od arcyksięcia. Adresowanej do cesarza uwagi nie można więc traktować jako naiwnego komentarza do powierzchowności Aleksandra. Coś innego skłoniło go do takiego porównania i trudno usprawiedliwić to specyfiką epoki czy odmiennym od współczesnego kanonem zachowań. Utożsamianie Serbów z Cyganami, początkowo dość niewinny chwyt retoryczny zwolenników Ante Starčevicia, nabrało nowego znaczenia w języku Josipa Franka, a do rangi wyrazu nienawiści wobec wschodnich sąsiadów podniósł je Slavko Kvaternik3, austro-węgierski podpułkownik i przyszły marszałek, kiedy w 1915 roku zdobywał Belgrad. Z tego równania skorzystało później NDH4, zakładając obóz koncentracyjny w Jasenovacu, a i dziś – w knajpianych przemowach czy na szpaltach prawicowych gazet – chętnie używają go chorwaccy „patrioci”. W Chorwacji obraz Serba jako złej kopii Cygana „zaowocował” czystkami na ogromną skalę. Ich rezultat jest taki, że grupa etniczna, które mimo rozdarcia między wiernością ziemi a wiernością krwi, przez stulecia aktywnie uczestniczyła w formowaniu się narodu chorwackiego, obecnie pędzi żywot statystycznie niezauważalnej, pozbawionej praw mniejszości. Dlatego trudno w tym opisie nie dostrzec tego, co bezpardonowo z niego wyziera. Nie da się ukryć: Franciszek Ferdynand pogardzał Serbami, tak samo jak pogardzał Węgrami, z tą drobną różnicą, że Serbów nie znał i nie chciał znać. Nawiasem mówiąc, ów przypominający mu złą kopię Cygana młodzieniec został następcą tronu poniekąd dzięki niemu. Przecież to jego ludzie, propagandyści i dyplomaci wiedeńskiego dworu, rozpętali skandal wokół starszego z braci Karađorđeviciów – Đorđa, który podobno, jak podawała austriacka prasa, w napadzie gniewu zabił swojego ordynansa, i ostatecznie zmusili go do zrzeczenia się pretensji do korony. Wtedy sukcesorem został młodszy – Aleksander.


[1.] Chlum u Třeboně w południowych Czechach [przypisy pochodzą od tłumacza].
[2.] Lika – region w południowo-zachodniej Chorwacji.
[3.] Ante Starčević (1823–1896) – założyciel Partii Prawa (1861) opowiadającej się za niepodległością Chorwacji od Austrii i Węgier; Josip Frank (1844–1911) – następca Starčevicia (od 1896), lider Czystej Partii Prawa, która powstała w wyniku rozłamu w Partii Prawa; Slavko Kvaternik (1878–1947) – w czasie II wojny światowej jeden z przywódców ruchu ustaszy.
[4.] NDH – Niezależne Państwo Chorwackie.

Czytaj dalej – Książę, który kochał swoją żonę i gardził swoimi narodami (II)