Wojna

3 [46] 2014

24 | 02 | 2017

Książę, który kochał swoją żonę i gardził swoimi narodami (II)

Inna sprawa, czy arcyksiążę o tej aferze cokolwiek wiedział.

Uważał, że przesądy i mity mogą pomagać w kontrolowaniu mas, co na przełomie XIX i XX wieku musiało brzmieć jak futurystyczna wizja. Tak, bo Franciszek Ferdynand pod wieloma względami był człowiekiem przyszłości, ale właśnie przez to, niezależnie od wzruszającej historii miłosnej i tragicznego końca, wydaje się do cna antypatyczny. Mógł zostać bohaterem wielkiej narracji swojej epoki czy przynajmniej protagonistą jakiejś pośledniej powieści przygodowej, a stał się mrocznym prorokiem wszystkich uchodźczych, obozowych i mniejszościowych losów.

Gavrilo Princip odszedł prawie sto lat temu, a Franciszek Ferdynand wciąż w nas mieszka jako jeden z patronów naszej nienawiści.

Pod koniec XIX wieku w życiu społeczno-politycznym C.K. Monarchii, wcześniej zdominowanym przez arystokrację, coraz większą rolę odgrywało mieszczaństwo. Cesarz przestał być nieomylny, a jego mądrość i dobro – dane od Boga. Kiedy wiosną 1897 roku karl Lueger, chrześcijański socjalista, populista i klerykał, którego właśnie po raz drugi wybrano na burmistrze Wiednia, postanowił, że podstawową zasadą i formułą rządzenia miastem będzie agresywny antysemityzm, w Belwederze doszło do rozłamu. Po jednej stronie stanął cesarz. Franciszek Józef, umiarkowany i mądry filosemita, przez sześćdziesiąt lat sprawowania władzy sprzeciwiał się bowiem dyskryminacji Żydów i wspierał ich emancypację, chętnie dając im zatrudnienie w najważniejszych instytucjach państwa. Przekonali się o tym również Bośniacy, a przede wszystkim sarajewianie, kiedy po 1878 roku ich pocztę, kolej oraz urzędy wyższego i niższego szczebla zaczęli zasilać pracownicy ze wschodniej i środkowej Europy: Aszkenazim, tudzież Szwaby – jak z lekceważeniem mówili o tych dopiero co poznanych braciach w wierze miejscowi Sefardyjczycy. Nowo przybyli Żydzi nie tylko mieli równe prawa z imigrantami pozostałych wyznań. ale także w niedługim czasie dostali od C.K. Monarchii własną synagogę, ponieważ lokalni współplemieńcy za żadne skarby nie chcieli ich wpuścić do swojej.

Franciszek Józef zajął się więc wobec burmistrza Luegera stanowisko zdecydowanie krytyczne. W swoim oporze pozostał jednak sam. Był stary, zmęczony i słaby, więc zamiast raz jeszcze uderzyć pięścią w stół i rozgonić wrogie mu towarzystwo wiedeńskich drobnomieszczan, pofolgował im, podobnie jak swoim oponentom pod koniec panowania pofolgował „ostatni Habsburg” Josif Broz Tito. Arcyksiążę natomiast, który ze skrajną pogardą odnosił się do wszystkich od lat zadomowionych na austriackim dworze Żydów: bankierów i dyplomatów, szczerze zafascynował się burmistrzem i został jego gorliwym zwolennikiem. Zresztą właśnie dzięki Franciszkowi Ferdynandowi kandydatura Luegera została, mimo sprzeciwu cesarza, ostatecznie przeforsowana. Ponownie wybrany gospodarz stolicy okazał się bardzo skuteczny, wzbudzając tym podziw wysoko postawionych przedstawicieli kultury i polityki. W ten sposób to, co wcześniej było wyłącznie kwestią obyczajów, złego smaku i światopoglądu ludu oraz zdeklasowanych mieszczan, teraz przeniknęło do kręgów dworskich i zaczęło funkcjonować jako zupełnie naturalna i, przede wszystkim, użyteczna ideologia. Antysemityzm porywał tłumy, a ograniczenia narzucane Żydom spotykały się z powszechną akceptacją czy wręcz zachwytem. Trzeba jednak przyznać, że sam Karl Lueger, pobożny katolik, który cieszył się solidnym wsparciem austriackiego kleru, nie czuł wrogości do Żydów. Na przykład bez przeszkód, wcale tego nie ukrywając, współpracował z rodziną Rotschildów5. Kiedy pewien bankier postawił mu pytanie o logikę jego polityki, on spokojnie odpowiedział: „Antysemityzm jest dobrym narzędziem kontroli mas, ale do czasu. Przestaje być potrzebny, gdy osiągamy cel. To sport niższych lig”.

Wszelako takie przekonania nie przeszkadzały mu głosić również innych prawd, na przykład że „tylko żydowskie tuzy” przetrwają w morderczych warunkach wolnego rynku” albo że „[m]usimy chronić chrześcijański świat przed kapitalistyczną zarazą. Antysemityzm nie jest wcale eksplozją brutalności, a jedynie rozpaczliwym głosem uciemiężonych chrześcijan wzywających na pomoc Kościół i państwo”. Sto lat później w podobnym tonie będą przemawiać chorwaccy biskupi, pasterze Kosic, Barisic i Bogović.

Jeden ze stronników Karla Luegera tak oto dookreślał politykę raportowaną przez samego arcyksięcia: „Ja Żydowi nie przyznaję prawa do bycia człowiekiem, dlatego uważam, że każdą próbę kontaktu ludzi z Żydami trzeba karać jako czyn nieprzyzwoity i przeciwny naturze”.

Oczywiście nie powinniśmy osądzać Franciszka Ferdynanda na podstawie jego myśli i emocji, tym bardziej, że kiedy witano go w Metkoviciu, nadal był tylko następcą tronu, fakt jednak pozostaje faktem: ten wierny katolik, Austriak i wiedeńczyk apostołował nie chrześcijańskie cnoty, lecz nienawiść. Węgrzy, Żydzi, Słowianie, Serbowie – w jego wizji świata wszyscy oni stanowili zbędny element. Całą swoją miłość i całą swoją samotność powierzył Zofii. Uczucie wyobcowania zaś, podobnie jak Karl Lueger, wypierał pogardą.

Specjalny pociąg ruszył z Metkovivia chwilę po siódmej. Toczył się po wąskich torach, więc i salonka była ciaśniejsza i mniej luksusowa niż te, którymi arcyksiążę podróżował po drogach żelaznych Austrii. Za to krajobraz zapierał dech w piersiach. Tory jakby biegły przez chińskie, podmokłe pola ryżu, popłoch wzbijał nad szuwary wodolubne ptaki, a on, zamiast gawędzić z gubernatorem Potiorkiem, z tęsknotą śledził ich lot. „Nastanie dzień, kiedy ten kraj będzie należał do mnie, gdy rządzić będę nim ja”, myślał.

Do Mostaru dotarł około wpół do dziewiątej rano. Wysiadłszy z wagonu, pozdrowił gospodarzy, tych samych, którzy cztery lata wcześniej wspaniale podjęli Franciszka Józefa. Jeden z nich, krzepki, charyzmatyczny staruszek w przyciasnym fraku, rozpoczął orację na jego cześć. Z nieba lał się żar, a z ludzi – pot, lecz ten mężczyzna, jak na prawdziwego pana przystało, nie pocił się. Franciszek z rosnącą niecierpliwością wyczekiwał końca jego wystąpienia, ale on mówił dalej, robiąc dygresje, wypuszczając i splatając wątki, snuł opowieść niczym Szeherezada.

Nazywał się Mujaga Komadina i piastował urząd burmistrza Mostaru, o czym arcyksiążę, oczywiście, nie wiedział. Gdyby pamięć mieszkańców Bośni wykraczała poza lirykę, Mujagę Komadina pamiętano by dzisiaj jako reformatora, który rozbudował miasto, przeprowadził je z jednej epoki do drugiej, ze średniowiecza w wiek elektryczności, dzięki czemu stał się bohaterem kilku sevdalinek, pieśni ludowych o tajemniczej wymowie. Przynajmniej w jednej nich wymieniony jest z imienia i nazwiska:

Dwory stawia, ach,
dwory, jak krew w piach,
dwory stawia Komadina Mujo
po Mostarze, najpiękniejszym mieście.

Podziwia je, ach,
podziwia krew w piach,
podziwia je Mostar cały niby,
nie ma bowiem Zaimowej Ziby.

Gdzie ty jesteś, ach,
gdzie jesteś, krew w piach,
gdzie ty jesteś, Zaimova Zibo?
To dla Ciebie budowałem niebo.

Tak, dla Ciebie, ach,
dla Ciebie, krew w piach,
dla Ciebiem ja dwory wystawił
i najszczerszym złotem wyzłocił.

[…]

Tak więc na początku XX wieku, kiedy wszędzie wokół huczała już nowa era, a Europę rozjaśniało sztuczne światło, w Mostarze do następcy cesarskiego tronu zwracał się człowiek z pieśni ludowej, która sto lat później zarówno wykonawcom, jak i odbiorcom wydawać się będzie o wiele starsza od epoki C.K. Monarchii. Na tym właśnie polegało nieporozumienie między arcyksięciem a Bośnią i Hercegowiną. Podczas gdy on gnał w XX wiek, rozumiejąc go i wpasowując się weń lepiej niż w swoją dobę, ten kraj wciąż funkcjonował wedle dawnego porządku czasu, żył pod każdym względem wolniej i ociężalej, niż Franciszek mógł sobie wyobrazić. Cud, że w ogóle doszło do tego spotkania: on i Komadina Mujo, cud większy od widoku ptaków lecących w popłochu ponad trzęsawiska.

Pod wieczór dotoczył się do Ilidžy6, gdzie sukcesor nareszcie zobaczył się z żoną Zofią. W okolicznych górach i na poligonach żołnierze XV i XVI Korpusu Armijnego czekali na zaplanowane na następny dzień manewry wojskowe. Tymczasem arcyksiążę, zamiast po długiej podróży odpocząć w hotelu, zarządził wyjazd do Sarajewa. Decyzję podjął nagle i wbrew protokołowi.

Powoli zapadał zmierzch jednego z najdłuższych dni w roku. Minęła ósma, kiedy automobil z dostojną parą przejechał przez Baščaršiję7. Wśród ludzi, którzy przypadkowo znaleźli się na jego trasie, był Gavrilo Princip. Nazajutrz w knajpie u Semiza opowiadał o tym, jak przed sklepem kilimiarza Kabilja8 widział księżną z arcyksięciem, ale nic nie zrobił, bo za plecami miał policjanta. Zresztą, cóż mógł zdziałać bez pistoletu w kieszeni? Przechwalał się tylko i popisywał, prawdopodobnie samemu jeszcze nie do końca wierząc w to, że w niedzielę dokona zamachu. On albo ktoś z grupy, bez różnicy kto. Wtedy wszystko wciąż jawiło się im wyłącznie jako zabawa. Co prawda, gdyby zaszła taka potrzeba, pewnie każdy z Młodobośniak zakląłby się słowem honoru, że ta zabawa będzie miała bardzo poważne konsekwencje, lecz w gruncie rzeczy żaden w to nie wierzył. W końcu był to tylko jeden ze spisków, w których brali udział, jeden z wielu zamachów dokonywanych wówczas w Sarajewie, Zagrzebiu czy Lublanie.

Przeciwko Franciszkowi Ferdynandowi też już wcześniej sprzysięgali. Niespełna rok wcześniej do Wiednia pojechał zabić go pochodzący z Žrnovicy koło Splitu uczeń trzeciej klasy gimnazjum nauczycielskiego, Lujo Aljinović. Młodzieniec jeszcze jako zwolennik Ante Starčevicia chciał zostać księdzem, wybrał się więc na nauki do Rzymu. Podczas wojen bałkańskich uległ jednak gruntownej przemianie i postanowił, że zaciągnie się do wojska serbskiego. Wprawdzie zanim dotarł na południe Serbii, wojna zdążyła się skończyć, ale Lujo się nie zrażał. Kupił rewolwer i wyruszył do Wiednia. Po drodze, w Zagrzebiu, nieopatrznie zdradził się ze swymi planami przed dwoma aktorami i szybko wpadł w ręce policji. Jeden z kapusiów to Rudolf „Katedralis” Habeduš, ceniony wówczas autor popularnych, drobnomieszczańskich felietonów. Aljinović dostał wyrok, miał iść na katorgę. Uratowała go interwencja pewnej wpływowej rodziny, dzięki której po Wielkiej Wojnie wyemigrował do Ameryki Południowej. Choć żył długo, do ojczyzny już nigdy nie wrócił. Po latach w liście do profesora Ljuby Jurkovicia, swego rodzaju zwięzłej autobiografii spiskowca, w postscriptum napisał: „Tuż po wojnie spotkałem w Zagrzebiu Hainstera Habeduša, wtedy już dość znanego człowieka teatru. Kiedy mnie zobaczył, zaczął błagalnie prosić o wybaczenie, przysięgać na miłość do babci, która, jak twierdził, umarłaby, gdyby coś mu się stało. Powiedziałem, że spróbuję. Ostatnio dowiedziałem się, że Hainster Habeduš od dawna nie żyje, co mnie niejako zwalnia z tamtego zobowiązania”. W ten sposób literat Rudolf „Katedralis” Habeduš ocalił swój mieszczański honor, żeby sto lat później znaleźć się w Chorwackiej Encyklopedii Literackiej. Lujo Aljinović natomiast został skutecznie wymazany z chorwackiej kultury.

Piątek i sobotę arcyksiążę spędził, nadzorując wojskowe manewry, księżna zaś, jak podaje Vladimir Dedijer, „odwiedzała kościoły, monastery, sierocińce i lokalną fabrykę kilimów”. W tej tkalnie pracowała Katarina Andrić, matka Ivona. Czy widziała Zofię z bliska, jaki miała do niej stosunek?

W Sarajewie razem byli krótko. Nie przypuszczali, że przeżywają właśnie ostatnie wspólne chwile. Ona, widząc życzliwą, prostoduszną reakcję ludzi, odetchnęła z ulgą i uspokoiła się, on z kolei, dumny i pewny siebie, roił o tym, że w niedzielę przejedzie się po mieście samochodem o składanym dachu. I to nie sam, a z żoną! Chciał w ten sposób zademonstrować determinację i władczą siłę, pokazać, że nigdy i za żadną cenę nie zrezygnuje ze swojej miłości. Oboje czuli się w stolicy Bośni szczęśliwi jak rzadko kiedy.

U kilimiarza Kabilja, który posługiwał się jakimś dziwnym hiszpańskim narzeczem, księżna kupiła więcej dywanów, niż zamierzała. Co teraz z nimi zrobi? „Czy hiszpański zawsze był tak układny?”, spytała arcyksięcia. Musiał to wiedzieć, przecież objechał cały świat, a jednak tylko się zaśmiał i nic nie odpowiedział.

TŁUMACZENIE Z ANGIELSKIEGO: MIŁOSZ WALIGÓRSKI

Dziękujemy Autorowi za zgodę na wydrukowanie opowiadania, którego pierwodruk miał miejsce w gazecie „Jutarnji list” w kwietniu 2014 roku.


[5.] Rotschildowie – jedna z najzamożniejszych rodzin świata; w XIX wieku to nazwisko było synonimem bogactwa.
[6.] Ilidža – uzdrowisko pod Sarajewem.
[7.] Baščaršija – sarajewska starówka.
[8.] Kabiljo – wpływowa sefardyjska rodzina kupiecka mieszkająca w Bośni od XVI wieku.