Architektura wspólnoty

4 [51] 2015

12 | 07 | 2016

Jeżeli brakuje własnej formy (II)

 

DLR: Ale problemem jest moim zdaniem to, że ta klasa średnia nie mówi, iż uczestniczymy w tym, co jest wyzyskiem.

AL: Cała historia LPP SA i tej wielkiej fabryki w Bangladeszu trochę sprawę otworzyła, choć dotyczy to, powiedzmy, 0,05% polskiego społeczeństwa świadomego tych kwestii…

DLR: I to tego bardziej otwartego, prawda? Gdybyśmy przyznali, że tak skonstruowany jest świat, my w tym uczestniczymy i jesteśmy razem z tymi, którzy wykorzystują, to wtedy może zdobylibyśmy się na współodpowiedzialność?

AL: Zgadzam się z tym rozumowaniem. Wygłosiłbym przy tym nieco paradoksalną obronę epoki kolonialnej. Ona, oczywiście, była okropna, Europejczycy robili ludom pozaeuropejskim rzeczy straszne, ale dla Europejczyków była to też szkoła odpowiedzialności, dokładnie w tym sensie, o którym mówiłem przed chwilą, to znaczy państwowe instytucje różnego rodzaju były zdolne do rozwiązywania różnych problemów. W różnych krajach przebiegało to rozmaicie, ale to, że Anglicy potrafili bez jatki wyjść z Indii…

MK: Jatka zrobiła się po ich wyjściu.

AL: Oczywiście, ale zawsze, kiedy rozmawiam o tego typu sprawach, mówię, że nie należy patrzeć tylko na tych, którzy zostali zabici. Trzeba też patrzeć na tych, którzy nie zostali zabici, a mogli. Gdyby Anglicy chcieli się utrzymać w Indiach, tak jak Francuzi się utrzymywali w Indochinach, to tam byłoby dużo gorzej. Oczywiście z jednej strony można powiedzieć, że postąpili nieodpowiedzialnie, bo zostawili tych skonfliktowanych z sobą muzułmanów i hindusów, którzy rzucili się sobie do gardeł. Z drugiej strony to było państwo, które w określonej sytuacji potrafiło rozwiązać pewien trudny problem, co najmniej bez bardzo kosztownych konsekwencji dla własnego społeczeństwa. A takie konsekwencje poniosło społeczeństwo francuskie po wojnach w Indochinach i Algierii. Takiego rodzaju doświadczenia odkładają się w zbiorowej świadomości społecznej. W Polsce brakuje wiary w to, że publiczne instytucje potrafią rozwiązywać problemy.

DLR: Nasze instytucje też nieszczególnie pomagają w krzewieniu tej wiary.

AL: Abstrahując od tego, czy to państwo działa, to powiedziałbym, że ono od 1989 roku nie musiało się konfrontować z aż tak wielkim problemem, jakim jest obecny kryzys. Nie było takiej sytuacji, jak zmiana granic czy dekolonizacja. Oczywiście, jest sprawa Ukrainy, ale Polska w gruncie rzeczy nie jest ważnym graczem w tej rozgrywce. W tym sensie kwestia uchodźców to pierwszy problem, który wykracza poza wewnętrzne sprawy Polski. Wydaje mi się, że jest to też poważna próba dla polskiego społeczeństwa, które chciałoby wierzyć, że państwo potrafi się skonfrontować z tym kryzysem, i jednocześnie sprawdzian dla klasy politycznej, która musiałaby pokazać, że ma jakiekolwiek kompetencje.

MK: A wspólnota krajów wyszehradzkich?

AL: Moim zdaniem nie ma tu żadnej wspólnoty…

MK: Nie chodzi mi o obecne mniej lub bardziej urojone polityczne sojusze, ale pewne podobieństwa, które wynikają z historii. Zarówno po I wojnie światowej, jak i po upadku bloku wschodniego państwa Europy Środkowej, w tym kraje z tak zwanej grupy wyszehradzkiej, musiały na nowo definiować swoją wspólnotę narodową. Jakie to ma przełożenie na obecne narracje? Polska, Węgry, Słowacja i Czechy w sprawie uchodźców mówią jednym głosem.

AL: To są państwa i społeczeństwa, które dotychczas nie musiały podejmować jako podmioty polityczne, czyli jako wspólnota instytucjonalna, decyzji wykraczających poza rozwiązywanie ich wewnętrznych spraw. Poza Węgrami, bo Węgrzy w Imperium Austro‑Węgierskim byli jednak jakimś podmiotem politycznym. W tym sensie myślę, że problem krajów Europy Środkowo‑Wschodniej polega na tym, że one ten rodzaj współodpowiedzialności traktują jako coś narzuconego i ich reakcją jest zawsze ucieczka lub pozycja obronna.

DLR: Czy na te odczucia nie nakłada się wspomnienie Układu Warszawskiego, zdominowanego przez Związek Radziecki, i jakieś podświadome odczuwanie paralelności sytuacji?

AL: Na pewno. Okupacja sowiecka wzmocniła i utrwaliła ten typ postaw. Zmiotła wyższe klasy, w ich miejsce zapewniając obszar awansu, ale nie tworząc warunków do tego, aby ta nowa klasa mogła się naprawdę ukształtować i zdobyć pewnego rodzaju wewnętrzną legitymizację, która by ją uprawomocniła w oczach własnego społeczeństwa. Wszystkie te kraje borykają się z tym problemem. Ciekawa jest przy tym historia Czech. Czechy miały swoją burżuazję, która politycznie była bardzo niesamodzielna i, poza krótkim okresem międzywojennej Czechosłowacji, politycznie dyspozycyjna najpierw wobec Austriaków, czyli imperium Habsburgów, a potem całkowicie stłamszona przez okupację rosyjską. W związku z tym tam też ujawnił się bardzo wyraźnie syndrom braku podejmowania zbiorowej, instytucjonalnej odpowiedzialności.

DLR: Chcę jeszcze zapytać o te miejsca, które sobie wydzielamy: osiedla ogrodzone, płoty otaczające domy, ale także o ten dwór. Wszyscy się dziwią, że polskie społeczeństwo – wywodzące się z chłopstwa – aspiruje do dworu. Ale skoro dwór stanowił naturalny wzorzec tych aspiracji, to w zasadzie dlaczego jest to dla nas takie dziwne?

AL: Właśnie, nie powinniśmy się dziwić.

DLR: Ale się dziwimy.

AL: Kto się dziwi? Ustalenie podmiotu tego zdziwienia wydaje mi się kluczowe w całej zagadce. Dziwi się ta część wielkomiejskiej klasy średniej, która aspiruje z kolei do wzorca europejskiej inteligencji z przełomu XX i XXI wieku, czyli elit intelektualnych, mających w Europie władzę społeczną charakteryzującą się taką aksamitną kontestacją, która nas też cechuje. I z tej pozycji my się dziwimy, bo naszą bajką są te Paryże i Nowe Jorki. Ale pragnienie posiadania dworku jest zupełnie zrozumiałe. Jeżeli ktoś w uniwersum agrarnym przestaje być poddanym, to staje się panem, a co ma pan? Pan ma dwór. I tego typu aspiracja, z mojego punktu widzenia, jest równie uzasadniona intelektualnie jak zamówienie sobie nowoczesnej willi u jakiegoś superarchitekta.

DLR: Jednocześnie pojawia się mocno dyskredytujący dyskurs wymierzony w klasę średnią i jej sposób funkcjonowania, kopiowanie wzorców i tworzenie nowoczesnego wizerunku opartego na tych wzorcach. Istnieje jakiś rodzaj społecznego przyzwolenia na to, żeby pisać potępiające przedstawicieli tej grupy artykuły o tych ich paliwożernych SUV‑ach i płotach, którymi się otaczają.

AL: Moim zdaniem grzech pierworodny klasy średniej ukonstytuowanej w latach 90. jest taki, że ona zaabsorbowała wzorce konsumpcji materialnej, ale nie przyjęła pewnego etosu współodpowiedzialności za całość społeczeństwa, który ukształtował się po II wojnie światowej w zachodniej klasie średniej. Nie wiadomo, czy ten etos nie znajduje się teraz w kryzysie, ale przez długi czas był bardzo silny. Wielkie partie, które rządziły Europą przez niemal pięćdziesiąt lat po wojnie, głosiły: „jesteśmy partiami masowymi, w których jest miejsce dla silnych i słabych”. To dotyczy zarówno szeroko pojętej chadecji, jak i socjaldemokracji. Mamy tu czynienia z pewnym ideałem równości i niezależnie od tego, czy jest on realizowany bardziej w wersji konserwatywnej, na bazie ideałów religijnych, czy w opcji lewicowej, na bazie ideałów socjalistycznych, to był bardzo rozpowszechniony w powojennej Europie. Polska klasa średnia przyjęła styl konsumpcji, ale w ogóle nie przyjęła tego ideału, to wręcz znalazło wyraz w ideologicznym deprecjonowaniu projektu europejskiego.

MK: Czy kryzys tego wielkiego politycznego projektu nie związał się z upadkiem komunizmu? Czy nie było tak, że on w ogóle powstał jako przeciwwaga dla komunizmu?

AL: Uważam, że jest inaczej. Podstawowym niebezpieczeństwem, z którym zmagali się ojcowie założyciele projektu europejskiego, były nacjonalizmy europejskie. Oni stworzyli ten projekt głównie po to, żeby zapobiec sytuacji, w której państwa europejskie rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście zagrożenie komunizmem istniało, ale Europejczycy bardzo chytrze – a każde chytre posunięcie jest kosztowne i teraz za nie płacimy – scedowali problem Związku Sowieckiego na Amerykanów. Powiedzieli: „To wy będziecie powstrzymywać Sowietów, a my stworzymy taki rodzaj systemu politycznego, aby komuniści nie zdobyli większości parlamentarnej”. Jedną z konsekwencji tej polityki jest to, że w Polsce po upadku komunizmu w latach 90. ideałem państwa stały się Stany Zjednoczone. Ten model usankcjonował egoizm klasowy. O ile polska klasa średnia wzorce stylu życia i konsumpcji przejęła z Europy, o tyle na poziomie ideałów społecznych i politycznych stanęła po stronie indywidualistycznego modelu anglosaskiego. Za ten pierworodny grzech polityczny płacimy ogromną cenę. W polskim społeczeństwie, które jest w swoich aspiracjach wspólnotowe i wywodzi się z tradycji katolicko‑konserwatywno‑chłopskiej, a także z tego, co wniosła ideologia socjalistyczna („wszyscy mamy równe żołądki”), od dwudziestu pięciu lat moralną legitymację zyskuje egoizm społeczny – i ma to raczej koszmarne konsekwencje.