Ilustracje: Kacper Kępiński. Copyright © Małopolski Instytut Kultury. All rights reserved.

Architektura wspólnoty

4 [51] 2015

12 | 07 | 2016

Jeżeli brakuje własnej formy (I)

 

DLR: A jakie skutki dla wspólnoty ma ten brak legitymizacji klasy średniej?

AL: Słabością wewnętrznej legitymizacji klasy średniej żywi się siła polskiego konserwatyzmu. Jeśli ktoś pozwala sobie mówić z pozycji moralnej prawomocności, to są to zazwyczaj konserwatyści. Bardzo długo było tak, że opcja modernizująca bała się używać argumentów dotyczących „wartości” – słynny slogan o ciepłej wodzie w kranie jest tego najlepszym przykładem. Ale to niestety spowodowało – bo uważam, że to ma niedobre konsekwencje dla polskiej polityki – sytuację głębokiej nierównowagi. Jedna strona mogła się odwoływać do bardzo silnych emocji i ideałów, a druga strona nie dała sobie tego prawa. Politykę robi się nie przez „ciepłą wodę w kranie” – choć sam postulat, żeby ona była, jest słuszny – tylko za pomocą uruchamiania bardzo silnej mobilizacji moralnej, która tak naprawdę projektuje pragnienia ludzi, umieszczone w obszarze ideowym.

DLR: W takim razie, gdzie możemy być razem? Gdzie mamy szukać tych wspólnych miejsc i przestrzeni?

AL: „Czy chcemy być razem?” – to raczej jest pytanie, które trzeba zadać hegemonowi, czyli klasie średniej. Duża część klasy średniej tak bardzo razem być nie chce. Woli pozostawać w małej rodzinie, z niechęcią poddając się przymusowym rytuałom rodziny wielkiej, bo jednak władza „amoralnego familiaryzmu” obowiązuje. Oczywiście, dzieci tej pierwszej klasy średniej zaczynają szukać pewnych możliwości bycia razem, ale jakie to możliwości i co miałoby z nich wynikać, tego do końca nie wiem.

DLR: Myślałam o takich miejscach, w których przebywamy razem, chcąc tego czy nie. Przyjmujemy, że nie chcemy się wzajemnie zabijać, żyjemy razem i korzystamy z przestrzeni wspólnych: przychodni, szpitali, szkół. Zazwyczaj nie wybieramy tych miejsc, powiedzmy, że przedstawiciele klasy średniej mają może większy wybór. Kolejne wspólne przestrzenie na liście to: zajazd, remiza, plac zabaw, kościół. Jak zmienia się dynamika używania tych miejsc?

AL: Nowa klasa średnia trochę odchodzi od skrajnego indywidualizmu, z którym łączy się bardzo często funkcjonalne podejście: jeśli już mamy mieć przestrzeń wspólną typu przychodnia, to po to, abym ja mógł szybko załatwić swoją sprawę, na moich warunkach, i żebym z nikim innym nie musiał mieć za bardzo do czynienia. Zaczyna się pojawiać inny rodzaj rozumienia potrzeb ludzkich w tej nowej klasie średniej – i to może rzutować na to, jak będą organizowane te przestrzenie. Natomiast mam obawę, że dopóki ta grupa nie wypracuje sobie ogólnej wizji, tego, kim jest i czego chce, to przestrzeń pozostanie chaotyczna.

DLR: Co w tym złego?

AL: To jest bardzo dobre pytanie, sam się nad tym zastanawiałem. Odpowiedź szłaby w takim kierunku: przestrzeń publiczna nie jest przestrzenią pustą, w którą się wchodzi i robi to, na co ma się ochotę, generując przyjemną, multikulturalistyczną różnorodność. Przestrzeń publiczna jest miejscem pewnego sporu, walki, próby sił. Jeżeli jedna strona jest słaba, to zostanie wyparta przez inne siły. Jeżeli zwolennikom modelu miejskości otwartej zabraknie konsekwencji i mobilizacji, to zostaną zwyciężeni przez dwie potężne siły: z jednej strony rynek, który chce mieć przestrzeń podporządkowana potrzebom konsumpcyjnym, a z drugiej: konserwatywną i tradycjonalistyczną część klasy średniej, która chce budować społeczeństwo na różnego rodzaju hierarchiach, przede wszystkim hierarchii pieniądza. Konsekwencją tego jest podział przestrzeni pomiędzy bardzo bogatych i średnio zamożnych, a biedni niech sobie radzą. Przezwyciężenie tego wymaga siły politycznej, która wynika z mobilizacji, a mobilizację uruchamia w ludziach bardzo mocna warstwa symboliczna.

MK: W ostatnich miesiącach, w związku z kryzysem uchodźczym, w debacie publicznej nie brakuje mobilizacji opartej na emocjach.

AL: W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby mobilizację opartą na emocjach wiązać przede wszystkim z prawicowymi, często nacjonalistycznymi ruchami pałającymi resentymentem. Ale każda mobilizacja polityczna, polityczne upodmiotowienie, jest oparta na emocjach. Również rewindykacje równościowe i emancypacyjne, czyli te, które charakteryzują lewicę, żywią się różnymi emocjami. Czasem dobrymi, jak współodczuwanie i empatia, a czasem mniej dobrymi, jak poczucie krzywdy. Imigranci to jest nowa sprawa…

MK: Właśnie, czy to tak do końca jest świeża sprawa, czy nie? Do jakiego stopnia te odruchy plemiennej wspólnotowości zostały nakręcone przez polityków i media, a do jakiego nakładają się one na to, co wcześniej tkwiło w naszej tożsamości?

AL: Świeża sprawa w tym sensie, że obecny kryzys uchodźczy pozwolił na nowo ujawnić coś, co, moim zdaniem, jest trwałą cechą jakiejś części polskiego społeczeństwa. Nie do końca wiemy jednak, jakiej części. Nie mamy żadnej pewności co do tego, jak naprawdę jest z tą silną reakcją przeciw uchodźcom – czy to jest powszechne stanowisko, czy raczej ta postawa reprezentuje pogląd bardzo obecnie aktywnej opcji politycznej. Problem polega na tym, że konserwatywno‑narodowa część społeczeństwa ma swoje legiony, a reszta jest pozbawiona tego rodzaju mobilizacji. Choć od czasu objęcia władzy przez Pis rodzi się ona zadziwiająco szybko. Przyjmując jednak, że ta ksenofobiczna reakcja jest symptomatyczna i dość powszechna, to dla mnie świadczy ona przede wszystkim o tym, że polskie społeczeństwo nadal nie dojrzało do funkcjonowania jako podmiot odpowiedzialności politycznej – to znaczy taki, który w trudnościach widzi problemy do rozwiązania i czuje się na siłach, żeby je podjąć, również w imieniu innych. Wydaje mi się zatem, że reakcja dużej części społeczeństwa na uchodźców świadczy o tym, że nie chce ono przyjąć żadnej odpowiedzialności za coś, co wykracza poza bezpośredni horyzont „swojskości”. Niech inni – Niemcy, Austriacy, Francuzi czy Brytyjczycy – czują się za to odpowiedzialni.

DLR: Nasza narracja: „bo my już tyle razy zostaliśmy skrzywdzeni…”.

AL: Tak, my za takie rzeczy nie chcemy odpowiadać, to nie jest nasza sprawa, jesteśmy raczej słabi niż silni, silni zawsze robili nas w konia i teraz znowu chcą to zrobić. I to jest ten wyraźny odruch, który się uruchomił. Nazwałbym go ucieczką od odpowiedzialności.

MK: Czy w tym wszystkim reprodukują się jednak postawy wcześniejsze? Do jakiego stopnia te głęboko zakorzenione w świadomości społecznej odczucia wobec określonej grupy etnicznej czy religijnej mogą być kalką postaw czy języka z okresu II RP czy opisanego przez Pana czasu „prześnionej rewolucji”? Międzywojenna Polska żyła z w tym rozdarciu pomiędzy utopijnym dążeniem do jednolitej struktury narodowej („Polska byłaby wspaniała, gdyby nie ci Żydzi i Ukraińcy”) a realnymi konfliktami etnicznymi i społecznymi. Teraz mamy to samo – już prawie jesteśmy po tej samej stronie, co Zachód, i znowu ktoś chce nam zepsuć ten idealny obraz nas samych.

AL: Tak, to jest właśnie to poczucie, że już sobie tę naszą chałupę zrobiliśmy, tak jak Niemcy, a chcą nam tu wpuścić jakichś psujów, którzy nam to wszystko zniszczą. To także jest jeden z elementów tej postawy ucieczki, na którą składają się lęki i niechęć do wzięcia odpowiedzialności za sytuację. Jeszcze nie zdążyliśmy się tym wszystkim nacieszyć, a zaraz popsują nam zabawę. Jeżeli natomiast poszukiwać związku obecnej sytuacji z historią, to w fakcie, że dominująca, mimo szlacheckiego sztafażu, chłopsko‑pańszczyźniana genealogia polskiej mentalności nie wytworzyła w społeczeństwie przyzwyczajenia do myślenia o sobie jako o podmiocie silnej, politycznej i instytucjonalnej wspólnoty w wymiarze państwa, nie mówiąc już o wspólnocie międzynarodowej. To powoduje, że ogólnie w Polsce zaufanie do instytucji i zaufanie wzajemne są bardzo niskie. I ten brak zaufania też generuje lęk, że jak nasze instytucje zajmą się uchodźcami, to więcej będzie z tego nieszczęść niż pożytku.

DLR: Czy nie jest też tak, że zachodnie społeczeństwa mają do pewnego stopnia przepracowaną kwestię kolonialną, ale wynikające z niej konflikty zostały wyeksportowane? Ci, którzy nadal są wyzyskiwani, zostali po prostu usunięci z pola widzenia, sytuują się poza Europą. I my, polskie społeczeństwo, także bierzemy udział w tym wyzysku krajów globalnego południa, tylko nie chcemy sobie tego uświadomić, ta kwestia w ogóle nie pada w debacie.

MK: Owszem, padła – pojawiły się głosy, że my nie mamy z tym nic wspólnego, nie mieliśmy żadnych kolonii, to nie nasza wojna i tak dalej.

 


Czytaj dalej – Jeżeli brakuje własnej formy (II)