Partycypacja i partycypacja

2 [37] 2012

30 | 07 | 2015

JA i MY w dialogu społecznym

Rozmowa mieszkanki z działaczką

ANNA MIODYŃSKA: Uczestniczę w konsultacjach społecznych na temat przestrzeni publicznych mojego miasta od dekady. Ulubionym zarzutem mieszkańców wobec urzędników miejskich jest ich niekompetencja oraz/lub brak decyzyjności w sprawach, w jakich obywatele na debatę przyszli. Kompetencje obywateli debatujących legitymizuje sam fakt mieszkania w mieście, co nie jest bezzasadne: mieszkanie w bloku od pięćdziesięciu lat czyni mnie specjalistką od mieszkania w bloku. Czasem mam jednak wrażenie, że to za mało. Kto jest tym mądrym w debacie społecznej?

EWA CHROMNIAK: Widzę tu pewną prawidłowość, która dotyczy zarówno organizacji pozarządowych, jak i pojedynczych obywateli. Utarło się takie powiedzenie: z nami grzecznie – my społecznie. Mam prawo do niewiedzy, ponieważ robię coś (uczestniczę w konsultacjach społecznych) dla dobra ogółu, za darmo. Wiele osób wychodzi z założenia (na pewno nie do końca fałszywego), że skoro tu mieszkam, wiem wszystko o tym miejscu i jego mieszkańcach. Rozciąga się więc osobiste doświadczenie na doświadczenie wspólnoty (na przykład: mieszkańców dzielnicy). Uważam, że jednym z problemów z partycypacją jest fakt, że nie potrafimy myśleć w kategoriach MY. Raczej ja i moje sprawy.

A. M.: Czyli moje okno i jedno drzewo, które mi widok zasłania…

E. Ch.: A dzieje się tak dlatego, że nikt nas myślenia w kategoriach my nie uczy. Też dlatego, że nie ma takiej przestrzeni, w której możemy w kategoriach my rozmawiać.

A. M.: A jeśli już myślimy w kategoriach my, to jak szerokie powinno ono być? my – mieszkańcy parteru, my – mieszkańcy ulicy, czy my – mieszkańcy miasta?

E. Ch.: Kiedyś doświadczyłam tego sama, gdy walczyłam, dosłownie, o progi spowalniające na mojej ulicy. Wzięłam sprawę w swoje ręce i udałam się w imieniu mieszkańców mojej kamienicy do radnego dzielnicowego. Ponieważ taką sprawę stosownemu urzędowi powinna zgłosić Rada Dzielnicy. Tam usłyszałam, że przychodzę z własnym interesem, droga ta prowadzi bowiem do dużego osiedla i ludzie muszą nią sprawnie i szybko dojeżdżać. I że to osiedle ma więcej mieszkańców niż moja ulica… Człowiek, który z racji sprawowanej funkcji powinien rozumieć, na czym polega demokracja, rozumie ją opacznie. Ja, ponieważ jestem w mniejszości, nie mam prawa dbać o swoje interesy. A więc mamy dwie perspektywy relacji ja–my: z jednej strony ja dbam o swoje interesy i nie dostrzegam interesu nas, z drugiej myślenie wyłącznie w kategorii my ogranicza, a czasem wręcz unicestwia korzyści pojedynczej osoby. I to jest dylemat demokracji: w jakich sprawach większość ma decydować o mniejszości.

A. M.: Jest to bardzo widoczne w debacie społecznej na temat przestrzeni publicznej miasta. Czy o konkretnych placach, ulicach i parkach powinni decydować mieszkańcy fizycznie z tymi miejscami związani (lokatorzy najbliższych budynków, ludzie, którzy tam pracują), czy mieszkańcy całego miasta? Słowem: jak duże my ma prawo głosu? Kto decyduje o Rynku Głównym w Krakowie? Sąsiedzi? Turyści? Krakowianie? A może wszyscy Polacy?

E. Ch.: Rozwiązania niestety nie mam, ale uważam, że partycypacja w planowaniu przestrzennym nie oznacza, że w każdej sprawie ma decydować każdy mieszkaniec. Ja najlepiej czułabym się w tym procesie wówczas, gdybym była w niego włączona na każdym poziomie decyzyjności. Gdyby umożliwiono mi udział w tworzeniu strategii rozwoju miasta, znacznie łatwej byłoby mi myśleć w kategoriach my o sprawach ulicy czy osiedla. Mówiąc o umożliwieniu udziału, myślę o takiej formie zaproszenia mnie do współdecydowania, żebym chciała i umiała z tego prawa skorzystać. Oraz o takim przedstawieniu mi tematu, abym umiała dostrzec zarówno interes ja, jak i interes my. Krótko mówiąc: zaletą zapraszania mieszkańców do partycypacji na każdym jej poziomie jest to, że mogą oni widzieć wyraźnie zarówno duży obrazek (miasto), jak i mały (swoje osiedle).