ilustracje: Daniel Gutowski. Copyright © Małopolski Instytut Kultury. All rights reserved.

Człowiek w sieci

1 [52] 2016

18 | 07 | 2016

Czy nowe media mogą zmienić świat? (II)

Rzeczy o cyberoptymistach i cybernaiwniakach

 

WIRUS EBOLA W SIECI

Choć o eboli niewiele mówiło się do chwili wybuchu epidemii, wirus znany jest od wielu lat, zresztą od czasu ataków 11 września znajduje się na liście A zagrożeń terrorystycznych7, jednak nie prowadzono nad nim badań, ponieważ większość wcześniejszych epidemii była stosunkowo niewielkich rozmiarów (liczba zgonów nie przekroczyła 300 osób, a najczęściej wynosiła maksymalnie kilkadziesiąt osób)8. Było to jedną z przyczyn, dla których światowa opinia publiczna, pomimo apeli WHO oraz Lekarzy bez Granic, nie przejmowała się licznymi przypadkami zachorowań we wspomnianych krajach mniej więcej do maja 2014 roku, kiedy wirus pojawił się w Stanach Zjednoczonych przywieziony przez Amerykanina liberyjskiego pochodzenia. Człowiek ten odbył podróż do Afryki, a następnie z charakterystycznymi dla choroby objawami zgłosił się do szpitala, został odesłany do domu i zmarł. Opinia publiczna zaniepokoiła się epidemią wirusa dopiero w momencie, kiedy okazało się, że w przeciwieństwie do innych chorób tropikalnych, takich jak malaria, ebola nie jest chorobą endemiczną, co oznacza, że nie przejmuje się brakiem wizy i swobodnie przekracza granice krajów na przykład na pokładzie samolotów. W zachodnich mediach tradycyjnych oraz elektronicznych rozpoczęła się kampania „informacyjna” mająca uspokoić spanikowanych Amerykanów, która sama w sobie zasługuje na osobną analizę, pozwolę sobie przedstawić tylko jej główne nurty.

Przede wszystkim zastanawiający jest sposób, w jaki przedstawia się ebolę, ponieważ odzwierciedla on to, jak Afryka jest postrzegana przez większość ludzi na zachodzie, czyli jako jedno państwo, skazane na biedę, wspołczesne „jądro ciemności”, gdzie nie nastąpiły żadne procesy modernizacyjne. Jednym z leitmotywów było wskazywanie na jedzenie mięsa nietoperzy oraz zwyczaje obrzędowe, które polegają na obmyciu oraz ubraniu zwłok, za jeden z głównych czynników przenoszenia się wirusa. Tym samym jako pierwszorzędny komponent ryzyka uznano lokalną kulturę, która była przeciwstawiana „obiektywnej” wiedzy medycznej, mającej służyć nie leczeniu wirusa, ale przede wszystkim prewencji. Aby się o tym przekonać, proponuję przysłuchać się dwóm przemówieniom Obamy – jedno z nich było skierowane do Amerykanów, drugie do mieszkańców Afryki Zachodniej9. Zresztą, zwracając się do amerykańskich obywateli, prezydent podkreśla, że należy zdławić epidemię w zarodku, czyli w Afryce, co – jak wynika z jego przemówienia – stanowi jeden z głównych motywów zaangażowania się Stanów Zjednoczonych w jej zwalczanie. Kolejnym rodzajem narracji na temat epidemii eboli było przezwyciężenie jej dzięki mediom społecznościowym w jednym z najludniejszych krajów Afryki, czyli w Nigerii, gdzie z powodu wirusa zmarło jedynie dwadzieścia osób. I faktycznie, jeśli przyjrzymy się działaniom rządu nigeryjskiego, który stanął na wysokości zadania i od razu przyznał, że w kraju wykryto przypadki zachorowań, organizacji pozarządowych oraz jednostek, które wykazały się inicjatywą, tworząc filmy informacyjne w lokalnych językach, system esemesów, dzięki któremu możliwe było informowanie o drogach zakażenia, to Nigeria pozytywnie wyróżnia się na tle innych krajów10. Jednak nagłówki gazet, które wieściły, że media społecznościowe pokonały epidemię eboli, nie odzwierciedlają rzeczywistości, ponieważ nie oddają zaangażowania poszczególnych osób, które często ryzykowały życie, ale zakrywają również fakt, że Nigeria, jako jeden z krajów, od którego uzależnione jest bezpieczeństwo energetyczne Stanów Zjednoczonych, ma jeden z najbardziej stabilnych rządów w Afryce, a Lagos – jedno z najgęściej zaludnionych miast w tej części świata, gdzie bardzo duże obszary zajmują slumsy – ma mimo wszystko dość dobrze rozwiniętą infrastrukturę, do której należy zaliczyć sieć komórkową i łącza internetowe, ale przede wszystkim publiczne placówki zdrowia. W tym miejscu chciałabym postawić dwa pytania, których w mediach głównego nurtu, niemalże nikt nie zadawał. Po pierwsze, co by się stało, gdyby epidemia wybuchła na obszarze opanowanym przez grupę Boko Haram: czy również zostałaby pokonana przez media społecznościowe? Po drugie, dlaczego nie wykorzystano mediów społecznościowych w walce z wirusem w innych krajach, choćby w Liberii czy Sierra Leone, które na początku tego stulecia targane były konfliktami wewnętrznymi.

Nie podejmuję się odpowiedzi na te pytania, wydają mi się oczywiste. Nawet jeśli wyobrażamy sobie, że dzięki sieci świat stał się globalną wioską, to jest to mrzonka cyberoptymistów lub chwyt retoryczny, który pozwala zakryć nieczyste sumienie spowodowane zaniechaniem. Nie można bowiem mówić o globalizacji w kontekście Afryki, ponieważ globalizacja jest procesem łączącym jedynie wybrane punkty na kuli ziemskiej, przede wszystkim te, gdzie gołym okiem widoczny jest przepływ kapitału. James Ferguson określa globalizację jako „point-to-point connectivity” 11, czyli sieć zależności i połączeń pomiędzy węzłami, które jako odzwierciedlenie przestrzeni zawierają wiele miejsc do tej sieci nienależących. Jeśli przyjmie się taki model rozważań nad globalizacją, to okaże się, że znacząca część państw afrykańskich nie jest w nim widoczna, ponieważ pomimo tego, że po odzyskaniu niepodległości w latach 60. przez większość z nich, mimo że spodziewano się tam wielkiego napływu kapitału, zjawisko to nie miało miejsca. Poza tym dyskusja na temat sieci WWW, za pomocą której możliwe jest rozwiązywanie problemów globalnych, sprawia, że z pola widzenia umykają nam jeszcze inne zagadnienia. W przypadku epidemii eboli, należy wziąć pod uwagę, że problem jej rozprzestrzeniania się nie może być traktowany jedynie jako związany z ochroną zdrowia, ale z kilku powodów należy zaklasyfikować go szerzej, do kategorii problemów związanych z ochroną środowiska. Po pierwsze, działania związane z zapobieganiem szerzenia się eboli dotyczą nie tylko zdrowia publicznego, ale również dobrostanu zwierząt, dlatego że wiemy, że w łańcuchu zakażenia istnieje zjawisko „human‑animal link”, czyli wirus może się przenosić ze zwierząt na człowieka. Tymczasem niewiele mówiło się o epidemii wirusa, która dziesiątkowała stada orangutanów. Po drugie wskazuje się również, że obecna epidemia eboli ma swoje źródło w sposobie eksploatowania zasobów naturalnych krajów stanowiących epicentrum epidemii. Deforestacja związana z pozyskiwaniem ziemi pod plantacje palm blisko osiedli ludzkich była, jak się przypuszcza, przyczyną zakażenia się ludzi od nietoperzy, które zamieszkują w koronach drzew palmowych. Dyskusja o zbawiennym działaniu mediów społecznościowych, choć muszę przyznać, że bardzo pokrzepiająca, jest zatem dyskusją pomijającą meritum problemu, czyli uznanie faktu, że nie można ujmować wszystkich problemów jako problemów globalnych. Ekosystemy nie działają w ten sposób – zakładają natomiast o wiele bardziej skomplikowaną strukturę połączeń niż ta, jaką zakłada wyobrażenie sieci.


[7.] W Stanach Zjednoczonych Centers for Disease Control and Prevention stworzyło listy tak zwanych „Biological Select Agents or Toxins”, które mogą ewentualnie posłużyć jako broń biologiczna. „Select Agents“ z listy A uważane są za najpoważniejsze zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego.
[8.] http://www.cdc.gov/vhf/ebola/outbreaks/history/chronology. html (dostęp: 2 marca 2016).
[9.] President Obama Delivers a Message to West Africans on Ebola, https://www.youtube.com/watch?v=gFKMYY‑2A2k (dostęp: 2 marca 2016); Weekly Address: What You Need to Know About Ebola, https://www.youtube.com/watch? v=7u08u8GA_rg (dostęp: 2 marca 2016).
[10.] A. Corrigan, #StopEbola: What Nigeria did right, Berman Center for Internet and Society, https://cyber.law. harvard.edu/events/luncheon/2015/01/Corrigan (dostęp: 2 marca 2016).
[11.] J. Ferguson, Global Shadows: Africa in the Neoliberal World Order, Durham: Duke University Press, 2006.