ilustracje: Daniel Gutowski. Copyright © Małopolski Instytut Kultury.

Transformacja

3 [54] 2016

30 | 01 | 2017

Cień transformacji (I)

Każda fala faszyzmu jest świadectwem upadku rewolucji.

Walter Benjamin

ZA ZASŁONĄ IDEOLOGII

Francuski historyk Daniel Beauvois zauważył kiedyś, że podstawowym problemem w naszym polskim odniesieniu do przeszłości jest napięcie między tym, co wyobrażamy sobie, że się wydarzyło w naszym kraju, a tym, co faktycznie miało miejsce. Jest to napięcie między rejestrem Wyobrażeniowym a Realnym, aby użyć języka psychoanalitycznego. Taki stan rzeczy może się wydawać zaskakujący, biorąc pod uwagę silną pozycję instytucjonalną polskich nauk historycznych. Bez wątpienia są one najsilniejszą dyscypliną naszej humanistyki, najmocniej reprezentowaną w rozmaitych komisjach, zespołach i instytucjach kształtujących sposób funkcjonowania i – co niezwykle ważne – finansowania badań naukowych. Jedyny autentyczny publiczny think‑tank, który istnieje w Polsce – Instytut Pamięci Narodowej – zajmuje się właśnie historią. Na jego finansowanie nigdy nie szczędzono pieniędzy – roczny budżet wynosi ćwierć miliarda złotych, prawie cztery razy więcej niż budżet Polskiej Akademii Nauk.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby tak sowicie finansowana i symbolicznie dopieszczana aktywność polskich historyków i historyczek rzeczywiście zbliżała nas do zrozumienia, co się w naszej przeszłości stało. Różne rzeczy można jednak powiedzieć o kultywowanych przez Polaków i Polki wyobrażeniach przeszłości, tylko nie to, że są one trafne. Noszą raczej wszelkie znamiona formacji ideologicznych – splotu obrazów i symboli, których układ dyktowany jest nie przez prawdę, ale przez wiele partykularnych dążeń i interesów, takich jak utrzymanie tradycyjnego porządku społecznego (stąd podkreślanie roli religii i instytucji religijnych w budowaniu naszej tożsamości), promowanie określonych opcji politycznych, powstrzymanie przemian odczytywanych przez tradycyjnie uprzywilejowane środowiska i instytucje jako zagrażających naszej tożsamości czy też, last but not least, realizacja maksymalnych korzyści materialnych przez pewne segmenty społeczeństwa.

Kompletna mapa naszych złudzeń byłaby ogromna, zaiste Borgesowska, pokryłaby z łatwością całe terytorium współczesnej Polski, bo też nasz kraj nie jest dzisiaj właściwie niczym poza ową mapą. Nie tylko nie chcemy przyjąć do wiadomości, że nasi przodkowiebrali aktywny udział w eksterminacji Żydów, ale też nie wiemy o tym, że znakomita większość polskiego społeczeństwa żyła przez wieki w czymś na kształt niewolnictwa (nazywanego pańszczyzną), że Polska posiadała kolonie – bo jak inaczej nazwać Ukrainę między XVI a XVIII wiekiem? – i że przez większość historii byliśmy czymś na kształt Trzeciego Świata: peryferiami kapitalistycznego rdzenia dostarczającymi mu taniej siły roboczej i nisko przetworzonych, tanich towarów1.

Wśród kwestii i spraw zafałszowanych przez niezbyt wierną, za to mocno zideologizowanąwiedzę historyczną i parahistoryczną jest również wiele wydarzeń z naszej najnowszej historii; na szczególną uwagę zasługuje długa dekada lat 80. XX wieku. Piszę „długa dekada”, nawiązując do terminu „długie stulecie”, używanego przez teoretyków i teoretyczkipracujących w szeroko rozumianym paradygmacie długiego trwania (fr. longue durée)2. Owa dekada obejmuje wydarzenia od roku 1980 do, mniej więcej, roku 1993, a więc okres pierwszej Solidarności, stanu wojennego, drugiej Solidarności oraz tzw. transformacji. Zdarzenia owe były z sobą ściśle związane i tworzą spójną, logiczną sekwencję. Tylko patrząc na nie łącznie, możemy zrozumieć, co się wydarzyło, a także uchwycić istotność i aktualność owych kilkunastu lat dla współczesnej sytuacji w Polsce. Żyjemy bowiem w cieniu owej długiej dekady, a obecna konfiguracja polskiego życia politycznego z symulakrycznym starciem KOD‑u i PiS‑u na czele, to zestaw konsekwencji wydarzeń z tamtego okresu.

TRANSFORMACJA JAKO REAKCJA

Popularne wyobrażenie o istocie tego, co rozegrało się w Polsce w długiej dekadzie lat 80.XX wieku byłoby mniej więcej takie: tradycjonalistyczne, patriotyczne i religijne społeczeństwo polskie zostało po II wojnie światowej wbrew swojej woli i bez własnego udziału podporządkowane złowieszczemu totalitaryzmowi sowieckiemu, przeciw któremu buntowało się od samego początku. Poznań 1956 roku, wydarzenia na Wybrzeżu i Mazowszu w latach 70. i wreszcie opozycyjny zryw z początku lat 80. to kolejne etapy owej walki, która wreszcie zakończyła się sukcesem dzięki Okrągłemu Stołowi i wyborom w 1989 roku. W rezultacie owych wydarzeń Polska stanęła przed trudnym zadaniem pozbycia się dysfunkcyjnego ustroju komunistycznego (ewentualnie nazywanego też socjalizmem) i normalizacji, czyli wprowadzenia zespołu równie naturalnych, co powszechnie korzystnych rozwiązań rynkowych typowych dla ustroju kapitalistycznego. Proces owego trudnego dostosowania nazywamy właśnie transformacją.

W powyższym opisie każde zdanie, a nawet wyrażenie można by poddać krytyce i nie tylko odrzucić, ale – jak na formacje ideologiczne przystało – odwrócić, aby dotrzeć do prawdy, poczynając od tego, że nigdy nie było w Polsce żadnego komunizmu ani socjalizmu (ani nawet dążenia do nich), ale jedynie szczególna forma monopolistycznego kapitalizmu państwowego i że to, co wydarzyło się między latami 1939 i 1956 – czyli eliminacja z polskiego społeczeństwa Żydów oraz klasy posiadaczy ziemskich – wcale nie było dalekie od realizacji naszego pragnienia, tyle tylko, że była to realizacja interpasywna, a więc dokonująca się bez aktywności podmiotu, poprzez działanie kogoś innego (w tym wypadku Niemców i Rosjan). Szczegółowy opis i analiza tych problemów wymagałyby napisania wielu książek, a więc nie jest to zadanie na krótki tekst. Książki owe zresztą powstały i będą powstawać dalej, zainteresowana Czytelniczka bądź zainteresowany Czytelnik może dokonać równie podstawowej krytyki ideologii samodzielnie3. Tutaj skoncentruję się tylko na ogólnym przeglądzie długiej dekady transformacyjnej oraz na krytyce obiegowych wyobrażeń na jej temat.

Dekadę ową inaugurują strajki i porozumienia sierpniowe, dające początek istnieniu Solidarności. Jej powstanie to Wydarzenie w mocnym znaczeniu tego słowa, jakim posługuje się francuski filozof Alain Badiou. Wydarzenie to w jego systemie pojęciowym coś więcej niż tylko konsekwencja wcześniejszych wydarzeń czy też realizacja jakiejś możliwości danego układu bądź systemu. Wydarzenie to interwencja w sytuację, która tworzy możliwość nowej możliwości, czyli otwiera dzianie się na rozwój w kierunkach, które wcześniej w ogóle nie istniały4. Pierwsza Solidarność była Wydarzeniem, ponieważ otworzyła możliwość przejścia z PRL do postępowego ustroju, realizującego zasady społecznej sprawiedliwości. Popularne wyobrażenie głosi, że peerelowska opozycja dążyła do zastąpienia socjalizmu kapitalizmem, jednak szczegółowa i rzeczowa analiza deklaracji i dokumentów pierwszej Solidarności, w tym szczególnie przebieg i deklaracja programowa Zjazdu Solidarności z jesieni 1981 roku, nie wskazuje, aby taki był zamiar samoorganizujących się robotników i robotniczek. Sytuacja była paradoksalna, bo protagoniści i protagonistki tamtych wydarzeń chcieli raczej rozliczyć Partię z jej własnych deklaracji i dążyli do wprowadzenia w praktyce takich haseł, jak społeczna własność środków produkcji czy demokratyczny samorząd pracowniczy. Solidarność była więc raczej „wydarzeniem komunistycznym”. Jakkolwiek zaskakująca czy nawet obrazoburcza mogłaby być podobna deklaracja, muszę pozostawić ją tutaj w zawieszeniu, odsyłając Czytelniczkę i Czytelnika do innych źródeł5.

Taki postępowy kierunek rozwoju społecznego został skutecznie zablokowany przez stan wojenny. Była to, mówiąc krótko, kontrrewolucja. Wprowadzenie miękkiej dyktatury militarnej pozwoliło skutecznie zniszczyć Solidarność jako ultramasowy ruch (z dziesięcioma milionami członków i członkiń, a więc jedną czwartą społeczeństwa, była to, relatywnie rzecz biorąc, jedna z największych, jeśli nie największa sformalizowana organizacja w znanej nam historii). Społeczeństwo skutecznie zastraszono, a najbardziej aktywne jednostki, kluczowe dla funkcjonowania całej struktury, uwięziono. Po stanie wojennym Solidarność odradza się, ale jest już innym ruchem. Niepomiernie większe znaczenie mają w niej środowiska inteligenckie i różnego rodzaju elity: dziennikarze, pracownicy akademiccy itd. O ile robotnicy byli w latach 80. XX wieku w znacznej mierze komunistami – nie zgadzali się z cynizmem i obłudą partyjnej wierchuszki, protestowali jednak w imię zasad i wartości, na których deklaratywnie budowano PRL – o tyle elity były gospodarczo liberalne. Nie ma w tym nic dziwnego: za liberalizmem ekonomicznym opowiadają się zazwyczaj najsilniejsi, bo im mniej reguł gry, tym lepiej dla silnych. Ponieważ druga Solidarność była w o wiele większym stopniu kierowana przez elity, ów liberalizm mógł z peryferii ruchu, gdzie znajdował się na początku dekady, przenieść się do jego centrum. Nie byłoby to możliwe bez zniszczenia masowego ruchu pracowniczego, jakim była pierwsza Solidarność. Dlatego też stan wojenny okazał się warunkiem możliwości neoliberalnej transformacji, jaka po nim nastąpiła. Będąc arcy‑ czy też praszokiem współczesności, dostarczył tła, na którym neoliberalny szok z przełomu lat 80. i 90. nie wyglądał tak źle – w końcu nie było internowań ani czołgów na ulicach.

Co niezwykle istotne, w tym samym czasie fundamentalną ewolucję przeszły partyjne elity. Już na przełomie lat 70. i 80. były one pełne cynicznych karierowiczów, dla których komunistyczne idee czy hasła stanowiły jedynie parawan skrywający chęć panowania i bogacenia się. Ilustrują to biografie postaci kluczowych dla okresu transformacji oraz działania podejmowane przez partyjną elitę. Doskonałym przykładem jest sylwetka Leszka Balcerowicza. Pod koniec lat 70. XX wieku pracował on w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu‑Leninizmu przy KC PZPR i był doradcą ekonomicznym premiera. Interesował się jednak nie tyle problemami gospodarki komunistycznej, co raczej budową kapitalizmu, czyli urynkowieniem. W latach 80. jeździł na Zachód (do Anglii i Stanów Zjednoczonych), gdzie nauczył się neoliberalizmu. Ową trucizną przeniknęła w tym czasie właściwie cała partyjna elita, może poza tzw. poziomkami, czyli zwolennikami wzmocnienia i rozbudowy poziomych struktur samoorganizacji w Partii i społeczeństwie; byli oni jednak pozbawieni realnego wpływu na cokolwiek.

To właśnie owe elity partyjne zaczynają pod koniec lat 80. transformację, którą nowa ekipa po 1989 roku tylko dokończy. Początkiem transformacji jest bowiem rok 1987, kiedy to rząd Zbigniewa Messnera pod hasłem „II etapu reformy gospodarczej” wprowadza reformy kluczowe dla budowy gospodarki rynkowej, w tym reformę cenową (rozszerzenie zakresu stosowania cen umownych), reorganizację systemu bankowego (zgoda na działalność banków komercyjnych przygotowanych do udzielania kredytów konsumpcyjnych), oraz stworzenia podwalin rynku kapitałowego, w tym przede wszystkim zmianę zasad dotyczących emisji obligacji. Reformy te były kontynuowane przez ostatni pezetpeerowski rząd pod kierownictwem Mieczysława Rakowskiego. Nie tylko zniósł on ograniczenia w obrocie walutowym czy zliberalizował zasady prowadzenia działalności gospodarczej, ale zainicjował także praktykę, która stanie się zmorą polskiego społeczeństwa w latach 90., czyli restrukturyzację i likwidowanie przedsiębiorstw (na pierwszą ofiarę, w 1988 roku cynicznie wybrano stocznię im. Lenina w Gdańsku).

Reformom gospodarczym nie towarzyszyły żadne zmiany ustrojowe, więc cel, jaki wyłania się z owych praktyk, wydaje się jasny: realizacja czegoś w stylu „modelu chińskiego”, a więc reforma gospodarcza połączona z utrzymaniem rządów Partii. Scenariusz ów się nie udał, społeczeństwo zbytnio się buntowało, Partia zdecydowała się więc na kompromis z opozycją zwany Okrągłym Stołem. Spotkali się przy nim, co kluczowe, zwolennicy liberalizmu gospodarczego ze strony opozycji oraz… zwolennicy liberalizmu gospodarczego z PZPR. Porządek, który wyłonił się z tego nowego rozdania, był zasadniczo odmienny politycznie, ale podobny gospodarczo: po 1989 roku nowa władza „demokratycznej opozycji” kontynuuje kierunek reform zapoczątkowany przez starą „totalitarną Partię”. Zmiana polityczna sprawiła, że o ile wcześniej Leszek Balcerowicz i osoby jego formacji musiały jeździć na Zachód, o tyle po 1989 roku zachodnich ekspertów zaprasza się już oficjalnie do Polski, aby „normalizowali” gospodarkę. Wprowadzony w życie na przełomie roku 1989 i 1990 tzw. plan Balcerowicza był de facto wcieleniem w życie zaleceń, które w lecie 1989 roku przywieźli z sobą do Polski dwaj amerykańscy ekonomiści Jeffrey Sachs i David Lipton6.


[2.] Doskonały przykład analizy powstałej w tym podejściu zob. G. Arrighi, The Long Twentieth Century. Money, Power and the Origins of Our Times, London–New York: Verson, 2006.
[3.] Polecam lekturę trzech książek w następującym porządku: A. Leder, Prześniona rewolucja.
Ćwiczenia z logiki historycznej
, Warszawa: Krytyka Polityczna, 2014; PRL bez uprzedzeń, red. J. Majmurek, P. Szumlewicz, Warszawa: Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa”, 2010, oraz J. Sowa, Inna Rzeczpospolita jest możliwa. Widma przeszłości, wizje przyszłości, Warszawa: Grupa Wydawnicza Foksal, 2015.
[3.] Więcej na ten temat zob. A. Badiou, Byt i zdarzenie, przeł. P. Pieniążek, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2010. Przykład zastosowania przez Badiou jego schematu pojęciowego do analizy konkretnych wydarzeń historycznych zob.: A. Badiou, L’Hypothèse communiste, Paris: Lignes, 2010 oraz tenże, Le Réveil de l’histoire, Paris:
Lignes, 2012.
[5.] Zob. J. Sowa, Inna Rzeczpospolita…
[6.] Zob. J. Sachs, D. Lipton, Skok w gospodarkę rynkową, „Gazeta Bankowa” 1989, nr 36.