Przestrzeń jako taka

2 [41] 2013

03 | 08 | 2015

Chodzenie

W książce z 2011 roku, Being Alive. Essays on Movement, Knowledge and Description, Tim Ingold argumentuje, że współczesne zachodnie społeczeństwa zostały pozbawione doświadczenia chodzenia po ziemi. Inni, owszem, patrzą pod stopy i zorientowani na ziemię przemierzają boso jej powierzchnię. Sami całkiem niedawno żyliśmy w ten sposób. Ludzie ci wolą też kucnąć (wciąż będąc blisko ziemi!) – nie zajmują się sztuką używania krzesła. Zdaniem antropologa, percepcja świata swój początek ma w ruchu: nie jest nawet ważne, czy widzisz, czy nie i czy masz obute stopy; łapiesz równowagę w ruchu, bo słuch stapia się z odgłosami otoczenia. To jest nasz kontakt z krajobrazem, choć truizmem jest znów przywoływanie cielesności tej relacji. W codziennym doświadczeniu myślenia także chodzimy wokół i krążymy, zmieniając perspektywy; nie siedzimy statycznie na krześle, lecz myśląc, poruszamy się. Każdy inaczej, zatem postrzegamy inaczej, a w ślad za tym inaczej myślimy. Do tego percepcja związana jest ze światłem. To światło i ruch dają nam poznać świat, jakim jest, i zaznać przestrzeni. Mówienie także ma związek z ruchem. Chodzimy, jak mówimy, tak piszemy, używamy narzędzi, całym ciałem. Nasza wiedza o otoczeniu pojawia się poprzez różnorodne sposoby poruszania się, a chodzenie, zauważa Tim Ingold, można potraktować jako formę inteligencji obecnej w całym polu relacji rozumianych jako ludzka obecność w zamieszkanym świecie. To obecność wyrażana poprzez narzędzia, a więc ludzkie ręce i nogi. Krajobraz nabrał kształtu poprzez wykonywaną w nim pracę, pozostawione ślady stóp i ślady narzędzi, wydeptane ścieżki. „Poprzez chodzenie, krajobrazy są wplatane w życie, a życie jest wplatane w krajobraz, w procesie, który jest niekończącą się kontynuacją” – powiada za archeologiem Chrisem Tilleyem Ingold. Przyzwyczajeni jesteśmy do konsumowania krajobrazu, a nie do myślenia wyrażanym w nim działaniem. Jeśli na stromej drodze pod Bernem co jakiś czas rośnie grupa starych drzew, oznacza to miejsce wiązania końskich zaprzęgów przy skomplikowanej operacji pokonywania wozami wzniesienia: tam konie mogły w cieniu odpocząć, pisał Jerzy Stempowski2. Jeśli niezliczone rzeczki noszą imię Młynarki, myśl trafia na wodne młyny znaczące jeszcze do wojny rolne okolice, zauważa Marian Pilot3.

Refleksja nakierowana na chodzenie jako akt poznawczy, jako manifestację myślenia, pracę, filozofię, wyrażana jest na wiele sposobów. Honoré de Balzac w 1833 roku dziwił się, iż, mimo że wszyscy chodzą, nikt nie pyta, dlaczego to robią; jak chodzą, gdy idą; jak mogliby lepiej chodzić; co osiągają, chodząc; i dlaczego nie są to pytania obecne w systemach filozoficznych, psychologii i polityce4. Od tego czasu wiele się zmieniło. Tim Ingold przytacza słowa Anne Wallace piszącej o znaczeniu chodzenia (walking) w literaturze angielskiej: dowiodła ona, że podróżnicy nie chodzą, a ci, co chodzą, nie podróżują5. Albo, innymi słowy, chodzą, o ile to konieczne, preferując wszelkiego typu inne sposoby przemieszczania się. Europejskie elity XVIII wieku opisywały swe podróże tak, jakby nie używały do nich nóg! Chodzenie nie pozwalało na rozłożenie wachlarza subtelności widzianego krajobrazu. Chodzenie było dobre dla biedaków, kryminalistów, młokosów i przede wszystkim ignorantów, wskazuje, powołując się na uwagi Robina Jarvisa6, Tim Ingold. Ale oprócz tego podejścia rozwinęło się od czasów Wordswortha i Coleridga inne, nobilitujące ogrodową przechadzkę (za historyczką chodzenia Rebeccą Solnit7: an expansion of the garden stroll). Chodzenie samo w sobie stało się celem, modą – oczywiście dla tych, którzy chodzić nie musieli. Odtąd refleksja związana z chodzeniem ukazuje je „jako dogłębnie zacną i satysfakcjonującą aktywność”, wbrew prezentowaniu w podobny sposób niedawnych podróży, które spowszedniały dzięki dostępności środków transportu. W przywołanej uwadze socjologa Johna Urry’ego8 mowa o tym, że podróżowanie stało się dostępne dla wielu grup społecznych, chodzenie natomiast zmieniło się w gest wyboru i dawno już przestało być oznaką biedy. Wraz z rozwojem publicznych środków transportu krajobraz stał się raczej scenografią, kierunkiem, destynacją, a nie czymś, w czym się chodzi, działa, przez co się przechodzi, zauważa cytowana już Rebecca Solnit. Dziś, wybierając pieszą trasę, zawsze mamy alternatywę w postaci dojazdu: możemy dotrzeć w to samo miejsce, siedząc nieruchomo na krześle zamocowanym w pojeździe.

Piesza wędrówka po ziemi jest wędrówką pod niebem. Tim Ingold w dalszej części swej pracy zastanawia się nad właściwościami ziemi i nieba w zachodniej tradycji, pyta o ich relację do tego, co nas czyni ludźmi, skoro i chodzenie jest tego wyróżnikiem. Pojawiają się tu rozważania na temat wyobrażeń o ziemi widzianej dziś jako glob, kula – co jest zupełnie odmienne od potocznego doświadczenia gruntu pod stopami czy ziemi, która daje pożywienie. Prawo do niebiańskiego nieba św. Augustyna, w czasach filozofa przynależnego Bogu, nie ludziom, uzurpują sobie dzisiaj zasiedlający je naukowcy. Jest ono odizolowaną sferą kosmicznych operacji, a nie czymś, z czym w jakikolwiek sposób każdy z nas ma łączność, mimo że podnosząc wzrok w dzień czy w nocy, widzimy niebo, gwiazdy, tak jak widział je każdy przed nami. Zauważając w tej perspektywie postrzegania impas, Ingold proponuje, aby o naszym człowieczeństwie pomyśleć raczej jak o toczącym się historycznie procesie zmiennej i zbiorowej samokreacji, kształtowania przez ruch będący zamieszkiwaniem, działaniem, pracą. To, czym jesteśmy lub możemy być, wynika z nadawania kształtu; w każdej chwili kreślimy jeszcze jedną linię na ich ziemskim zbiorze.

Tim Ingold wprowadza do swych rozważań pojęcie weather-world9, dla którego trudno znaleźć polski odpowiednik: może byłoby to coś brzmiącego jak „świat-poprzez-pogodę”. W wyniku namysłu nad percepcją przestrzeni, a w konsekwencji nad sposobami powstawania naszej wiedzy o świecie takim, jaki się nam jawi, rozwija on pojęcie osadzone w doznaniu zmienności powietrza pod względem natężenia światła, temperatury, wilgotności, wiatru. Wszystko to splecione jest z indywidualną wrażliwością i właściwym każdemu z nas sposobem poruszania się; odczuwane naraz, w zmieszaniu, w oddychaniu powietrzem i widzeniu poprzez nie. Pogoda jest tu rozumiana jako oddziaływanie, aktywne kształtowanie. Inny cytowany przez Tima Ingolda antropolog, Richard Nelson, opisujący sposób, w jaki mieszkańcy zachodniej Alaski znad dopływu Jukonu, Kojukowie, postrzegają swe otoczenie, napisał, że „pogoda jest młotem, a ziemia kowadłem”10. Oczywiście można to ująć subtelniej, na przykład Ingold przywołuje krople rosy na pajęczynach w chłodny letni poranek albo ślady znaczące trasę wiatru na opadłych liściach. Weather-world stanowi ramę zamieszkiwania w przestrzeni i jest światem wypełnionym bytami, które istnieją w połączeniu, w ciągłości swej egzystencji.


[1.] J. Stempowski, Ziemia berneńska, Warszawa: PWN, 2012, s. 15.
[3.] M. Pilot, Nowy matecznik, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2012, s. 257.
[4.] Parafrazuję cytat otwierający rozdział Culture on the Ground. The Word Perceived Through the Feet z książki T. Ingolda Being Alive. Essays on Movement, Knowledge and Description, New York: Routledge, 2011, s. 33.
[5.] A.D. Wallace, Walking, Literature and English Culture, Oxford: Clarendon, 1993, cyt. za: T. Ingold, dz. cyt., s. 38.
[6.] R. Jarvis, Romantic Writing and Pedestrian Travel, London: Macmillan, 1997, cyt. za: T. Ingold, dz. cyt., s. 38.
[7.] R. Solnit, Wanderlust: A History of Walking, London: Verso, 2001, cyt. za: T. Ingold, dz. cyt., s. 38.
[8.] J. Urry, Socjologia mobilności, przeł. J. Stawiński, Warszawa: PWN, 2009.
[9.] T. Ingold, dz. cyt., s. 96–97.
[10.] R.K. Nelson, Make Prayers to the Raven: A Koyukon View of the Northern Forest, Chicago: University of Chicago Press, 1983, cyt. za: T. Ingold, dz. cyt., s. 119.