Dom towarowy Solpol we Wrocławiu (1992-1993), proj. Wojciech Jarząbek, fot. Volens Nolens Kraplak / Wikimedia Commons CC BY-SA 4.0

Transformacja

3 [54] 2016

30 | 01 | 2017

Bardzo długa transformacja (I)

Warszawski hotel Marriott, uroczyście otwarty 2 października 1989 roku1 – niecały miesiąc po zaprzysiężeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego i kilka dni przed ogłoszeniem planu Balcerowicza – stał się czytelnym i w stolicy, i poza jej granicami architektonicznym symbolem transformacji ustrojowej. Operatorem obiektu była i jest globalna sieć hotelarska, a wnętrza z lśniącymi żyrandolami i hektarami miękkich wykładzin imponowały blichtrem, który Polska wkrótce miała pokochać za sprawą serialu Dynastia. Natomiast ściana kurtynowa z refleksyjnego szkła, pokrewna tym z downtowns amerykańskich miast, wiernie odbijała gusta i aspiracje związane z nowym ustrojem oraz otwarciem na Zachód.

Marriott (oficjalnie: Centrum LiM, od Lot i Marriott) jest jednocześnie dowodem na to, jak zdradliwe może być wiązanie cezur architektonicznych i politycznych. Budynki nie powstają przecież z dnia na dzień, a ten budowano wyjątkowo długo. Zaprojektowano go jeszcze w latach 70., około 1977 roku, na podstawie jeszcze starszej koncepcji urbanistycznej Zachodniego Rejonu Centrum Warszawy2. Wizja ZRCW zakładała przemianę tego fragmentu stolicy socjalistycznego państwa w miraż handlowo‑biurowego city miasta kapitalistycznego, naszpikowany wieżowcami, wypełniony sklepami i lokalami rozrywkowymi, stworzony dla futurogierkowskiego społeczeństwa konsumpcyjnego, „cieszącego się wyższą […] stopą życiową i większą ilością wolnego czasu”3. Nie odrzucajmy jednak całkowicie Centrum LiM jako periodyzacyjnej wskazówki. Stanie się ona znów użyteczna, jeśli dolną cezurę „architektury transformacji” przesunąć około dziesięć lat wstecz i spojrzeć na transformację w perspektywie długiego trwania, a nie jednorazowego przełomu, a 1989 rok potraktować jako kulminację, a nie początek przejściowego okresu.

Zmiany gospodarcze, kulturowe czy legislacyjne, które określiły współczesny, posttransformacyjny, kapitalistyczny kształt polskich miast i ich budynków, sięgają bowiem korzeniami lat 80., a nawet 70. Przez kilkanaście lat poprzedzających rok 1989 mieliśmy w polskiej architekturze do czynienia z dwiema prędkościami. Jak zwracał uwagę choćby Czesław Bielecki, machina prefabrykacji budynków mieszkalnych na dobre rozpędziła się w Polsce dopiero w momencie, który Charles Jencks (z dużą dowolnością) wyznaczył jako datę śmierci modernizmu, a więc około roku 19724. W kolejnych latach państwowy aparat inwestycyjny i projektowy wydłużył i tak już długie panowanie modernistycznej doktryny na polskim gruncie. Przełom roku 1989 spowodował ostateczne zatarcie i demontaż tej machiny, ale nie miała ona już wtedy wiele wspólnego z dążeniami dużej części środowiska architektonicznego, z długofalowymi przemianami kulturowymi i ekonomicznymi oraz z ewolucją systemu od gierkowskiego „bigosowego socjalizmu” i „koncesjonowanego liberalizmu”5 do gospodarki wolnorynkowej i rzeczywistego pluralizmu politycznego. Ewolucja ta zachodziła równolegle z ekspansją postmodernizmu w architekturze, a wręcz ją wspomagała.

PREKURSORZY POSTMODERNIZMU

Podsumowując dorobek lat 1945–2000 w swym mieście, wrocławski architekt Witold Molicki ściśle związał „ekspansję tego nowego stylu” „z rewolucją godnościową”6, czyli karnawałem Solidarności. Opinia ta znajduje potwierdzenie w polemikach toczonych w latach 80. na łamach miesięcznika „Architektura”, oficjalnego organu SARP. Nie można ich oczywiście traktować jako reprezentatywnych dla stanu ducha całej profesji, ale uzmysławiają one, jak wielu architektów było już świadomych wyczerpania obu formuł – realnego socjalizmu w polskim wydaniu i międzynarodowego modernizmu. Znamienny wydaje się tu przede wszystkim cykl publikacji pod hasłem „Czym przebić Kartę Ateńską” – rozgrzewka przed zaplanowanym w Warszawie na rok 1981 kongresem Międzynarodowej Unii Architektów (UIA). Choć państwowa machina prefabrykacji i budowy mieszkań działała w latach 80. wolniej niż w dekadzie Gierka, to jednak działała, a kolejne połacie kraju konsekwentnie przeobrażano w myśl założeń modernistycznej urbanistyki. W rekordowym roku 1978 zbudowano 283,6 tys. mieszkań, ale między 1981 a 1988 rokiem liczba ta utrzymywała się na i tak wysokim pułapie – między 187 a 195,9 tysięcy7. Jednocześnie na łamach fachowego periodyku zarówno sama machina, jak i doktryna, która dała jej ideologiczne oparcie, poddawane były miażdżącej krytyce: „Mamy dziś 160 fabryk domów. Pomogliśmy w stworzeniu jednolitego, centralnie sterowanego systemu inwestorskiego. […] Wierząc wizji naszych modernistycznych przodków, uruchomiliśmy coś, co teraz chcemy zatrzymać i zawrócić. Jest to dramat nie tylko naszej, lecz całej światowej architektury współczesnej” – mówił w 1980 roku anonimowy architekt, komentując wystawę fotografii przedstawiających smutne realia osiedli: gdańskiego Przymorza i warszawskiego Ursynowa8. Nie tylko on bił się w piersi. 8 i 9 listopada 1980 roku w Gdańsku zebrała się Ogólnopolska Narada Architektów, istotniejsza ideowo od tej z 1956 roku, na której branża dokonała rozliczenia z socrealizmem. W wieńczącej gdańskie spotkanie deklaracji architekci wzięli współodpowiedzialność za błędy dotychczasowej polityki przestrzennej i mieszkaniowej „w tym stopniu, w jakim służyli nie społeczeństwu, ale władzy w realizacji jej polityki”9. W tych samych dniach Zarząd Główny SARP podpisał porozumienie o współpracy z NSZZ Solidarność10. „Rewolucja godnościowa” zachodziła więc jednocześnie i w polityce, i w architekturze.

„Postmodernizm przyniósł próbę zmiękczenia socjalistycznego modernizmu, próbę znalezienia człowieka, detalu” – wspominał po latach Marek Budzyński 11, który człowieka i wyjścia z kwadratury wielkiej płyty szukał już w latach 70. w koncepcji Ursynowa Północnego – osiedla zbudowanego z prefabrykatów, ale możliwie zróżnicowanego przestrzennie i funkcjonalnie, odwołującego się do skali i nastroju tradycyjnej miejskiej ulicy. Jeszcze bardziej radykalna była późniejsza propozycja Pasażu Ursynowskiego. Ponieważ państwowy inwestor nie był w stanie wybudować ambitnie zakrojonego centrum wielkopłytowej dzielnicy, zespół Budzyńskiego przedłożył w pierwszej połowie lat 80. koncepcję opartą na zupełnie innych założeniach – „Mariensztat wstawiony w Ursynów”, serię kameralnych przestrzeni publicznych obudowanych rozdrobnioną, budowaną etapami przez różnych inwestorów, tkanką o eklektycznej architekturze i różnorodnej ofercie funkcjonalnej, quasi‑kamienic z handlowymi parterami12. „Próbujemy teraz złożyć ofertę państwu (instytucjom), by zajęło się regulacją, a budować może każdy” – mówił współautor planu, Piotr Wicha13. Również łódzki architekt Jakub Wujek, znany jako autor rozliczeniowej książki Mity i utopie architektury XX wieku14, stawiał na partycypację i procesualność jako antidotum na „centralizację i monopolizację”, która faworyzuje systemową claritas15.

Gros dyskusji o architekturze skupionych było jednak nie na „człowieku”, a na poszukiwaniu „detalu”, na poszerzeniu formalnego repertuaru architektury. Już sygnatariusze gdańskiej deklaracji z listopada 1980 roku nawoływali: „Należy definitywnie zerwać z praktyką obowiązku stosowania projektów typowych obiektów”16. Kilka miesięcy wcześniej architekci Andrzej Duszko i Jerzy Dziuba w eseju Architektura znaczenia poddawali modernizm całościowej krytyce za „obnażenie struktury budynku, całkowite odrzucenie ornamentu (dekoracji) oraz mechanicznie pojmowaną zgodność formy i funkcji”, „totalizm pustych form”, „intuicyjną ekspresję” oraz „kult przestrzeni”, który zastąpił „treści i znaczenia”17.

Dyskusje z początku lat 80. dostarczyły ideologicznego paliwa spontanicznemu zróżnicowaniu formalnemu budowanej architektury, które nastąpiło w kolejnych dekadach. W przywoływanym już szkicu o Wrocławiu Witold Molicki, dla którego nowa architektura oznaczała różnorodność, „zgodę na kompilację”, „szacunek dla eklektyzmu”, „zasadę nowej fasadowości”, prezentuje to, co działo się w architekturze lat 80. i 90. jako płynną ewolucję, z pominięciem przełomu roku 1989. We Wrocławiu (a to samo można by napisać o innych miastach) wykwitają „miękkie formy postmodernistyczne […] cały zbiór wernakularystycznych kamienic‑plomb i małych domów”18. Prowadząc czytelnika przez nową architekturę Starego Miasta, Molicki pisze o „hard postmodernizmie”, o realizacjach, w których „sprzeczność zamiast harmonii, przypadek zamiast reguły, permutacja zamiast hierarchii i krótkie spięcie zamiast umiaru, dają o sobie wyraźnie znać”19.

Profesja na pewno nie była jednomyślna w swym entuzjazmie dla nowego prądu. Świadczą o tym polemiki nadsyłane do „Architektury” w odpowiedzi na wystąpienia postmodernistów. Gdyński architekt Witold Mieszkowski jeszcze w 1983 roku bronił dorobku i potencjału modernizmu, pisząc między innymi: „Pławienie się w pianie postmodernizmu, a przy tym kreowanie się na jego dzielnych muszkieterów nie jest tym, czym na co dzień żyjemy, co nas żywotnie tyczy, co decyduje o polskiej architekturze i gospodarce przestrzennej”20. Mimo to fala nowego stylu wznosiła się przez całe lata 80. Zróżnicowana formalnie architektura powstawała na zlecenie indywidualnych klientów budujących własne domy, coraz śmielej sobie poczynających drobnych przedsiębiorców, małych spółdzielni mieszkaniowych, parafii i zakonów. Nawet w obrębie mecenatu państwowego następował odwrót od typizacji, o czym świadczą publikowane w „Architekturze” w latach 80. zbudowane według indywidualnych projektów szkoły na Śląsku. Jak pisał na łamach „Architektury & Biznesu” Wojciech Włodarczyk, sytuacja zaczęła się zmieniać już w roku 1981, z czasem „wróciła konkurencja”, „wróciło rzemiosło”21.

Przełom polityczny, demontując stary mecenat i system decyzyjny, a pomnażając zastępy prywatnych inwestorów, jedynie wzmocnił proces różnicowania i indywidualizowania formy. Wykładowca krakowskiego Wydziału Architektury, Wojciech Kosiński, pisał na łamach jednego z pierwszych numerów magazynu, którego sam tytuł jest symptomatyczny dla epoki, „Architektura & Biznes”:

Najbardziej obiecującą dziedziną nowej polskiej architektury jest architektura młodego biznesu. W latach 70. wyznacznikiem epoki były w polskiej architekturze bloki osiedlowe; w latach 80. – kościoły. Teraz, w latach 90., wyznacznikiem epoki będą budynki dla handlu, usług, drobnej wytwórczości: salony samochodowe, hurtownie, pawilony minicentrów, hoteliki, pensjonaty, a nawet zespoły kiosków. […] Nie należy więc gardzić młodym polskim biznesem. To on jest pożywką dla nowej kultury budowania w naszym kraju22.


[1.] M. Wojtczuk, 25 lat Marriotta. Tu spali Obama, Clinton, Pavarotti… http://warszawa.wyborcza. pl/warszawa/1,34889,16849699,25_lat_Marriotta__ Tu_spali_Obama__Clinton__Pavarotti___.html, 23 października 2014 (dostęp: 31 sierpnia 2016).
[2.] Głównym projektantem hotelu z miejskim dworcem obsługi pasażerów LOT był Tadeusz Stefański (za: T. Stefański, Budynek wysoki jako przestrzeń wielofunkcyjna, „Architektura” 1983, nr 6, s. 13). Generalnym projektantem ZRCW był Jerzy Skrzypczak, zob. m.in. T.P. Szafer, Nowa architektura polska. Diariusz lat 1971–1975, Warszawa: Arkady, 1979, s. 232–233.
[3.] J. Werner, Stolica usług, [w:] Jaka będziesz Warszawo?, red. L. Wysznacki, Warszawa: Książka i Wiedza, 1976, s. 172. W 1973 roku w PRL po raz pierwszy wprowadzono wolne soboty, a ich liczba w roku była stopniowo zwiększana. Wprowadzenie wszystkich wolnych sobót było jednym z postulatów „Solidarności” w 1980 roku.
[4.] Rozmowa z Czesławem Bieleckim, [w:] Postmodernizm polski. Architektura i urbanistyka (rozm. A. Gzowska, L. Klein), Warszawa: Stowarzyszenie 40 000 Malarzy, 2013, s. 72.
[5.] Określeń tych używa Marcin Zaremba, Skąd ta nostalgia za dekadą Edwarda Gierka?, http://www. polityka.pl/historia/1534295,2,skad‑ta‑nostalgia‑za‑dekada‑edwarda‑gierka. read#ixzz2TvR1ltLQ, 8 stycznia 2013 (dostęp: 2 września 2016).
[6.] W.J. Molicki, Architektura Wrocławia 1945–2000, [w:] Architektura Wrocławia 1945–2000, Wrocław: Zarząd Oddziału Wrocławskiego Stowarzyszenia Architektów Polskich: Studio Wydawniczo‑Typograficzne „Typoscript”, Andrzej Płoch, 2001, s. 7.
[7.] Rocznik statystyczny 1990, Warszawa 1990, s. XLV.
[8.] Blok w blok, „Architektura” 1980, nr 4, s. 14.
[9.] „Architektura” 1980, nr 5, s. 2.
[10.] Tamże.
[11.] Rozmowa z Markiem Budzyńskim, [w:] Postmodernizm polski. Architektura i urbanistyka, s. 14–15.
[12.] Pasaż Ursynowski (przygotowała E. Przestaszew‑ ska‑Porębska), „Architektura” 1984, nr 1, s. 31–42.
[13.] Tamże, s. 31.
[14.]J. Wujek, Mity i utopie architektury XX wieku, Warszawa: Arkady, 1986. Publikacja w odcinkach w „Architekturze” 1983, nr 1–5.
[15.] Zob. tegoż, Pięćdziesiąt lat później, „Architektura” 1980, nr 3, s. 10–22.
[16.] „Architektura” 1980, nr 5, s. 98.
[17.] A. Duszka, J. Dziuba, Architektura znaczenia, „Architektura” 1980, nr 4, s. 86–96.
[18.] W.J. Molicki, Architektura Wrocławia 1945–2000, s. 7.
[19.] Tamże.
[20.] W. Mieszkowski, [list do redakcji], „Architektura” 1983, nr 3, s. 4. O przesunięciu w czasie, różnicy między architekturą doświadczaną na co dzień a tendencjami kiełkującymi w środowisku pisała m.in. Ewa Przestaszewska‑Porębska, Nowy tradycjonalizm warszawski, „Architektura” 1986, nr 4–5, s. 99–102.
[21.] W. Włodarczyk, Jakie będą nowe szkoły, „Architektura & Biznes” 1993, nr 2, s. 5.
[22.] W. Kosiński, Znaczący punkt, „Architektura & Biznes” 1992, nr 2, s. 8.