Ilustracja: Park Hill Estate - osiedle komunalne wybudowane w Sheffield w latach 1957-1961 według projektu Jacka Lynna i Ivora Smitha. Obecnie poddawane renowacji i adaptacji na kompleks mieszkaniowo-usługowy przez firmę deweloperską (fot. Man of Yorkshire/Flickr. Copyright © Man of Yorkshire. All rights reserved)

Mity modernizmu

3 [50] 2015

12 | 07 | 2016

Architektura jako narzędzie kapitału (II)

 

Jeżeli egalitarny klimat lat 60. i 70. sprawił, że modernistyczna architektura zaczęła być powszechnie nielubiana, neoliberalna polityka lat 80. i 90. spowodowała, że stała się ona archaiczna. Za inicjatywą budowy miasta coraz częściej stoi sektor prywatny. „Produkcja myśli” – w postaci manifestów teoretycznych lub całościowych miejskich wizji w ramach architektonicznej profesji – stopniowo ustaje. Ziarno, z którego wyrasta miasto, się zmienia. Głębokie interwencje w tkankę miejską, używanie osiedli mieszkaniowych jako materiału do stworzenia nowej, alternatywnej tkanki miejskiej stały się właściwie niemożliwe.

W ramach programu całościowej prywatyzacji sprywatyzowano spółdzielnie mieszkaniowe, w wyniku czego dramatycznie wzrósł procent domów będących prywatną własnością. Przeistoczenie dużej części społeczeństwa z najemców we właścicieli nieruchomości napędziło polityczną zmianę. Kiedy ludzie posiadają domy na własność, narzędzie w postaci kredytu hipotecznego sprawia, że w ich osobistym interesie będzie utrzymanie na niskim poziomie stóp procentowych i inflacji. Skonfrontowani z rynkową rzeczywistością, nie będą mieli zbyt wielkiego wyboru i zaczną sympatyzować z gospodarczym programem prawicy. Właściciele domów w konsekwencji szybko zasilają szeregi konserwatywnego elektoratu.

W ciągu mających nadejść dziesięcioleci nowy związek między klasą średnią i prawicą się okazuje się jednak „małżeństwem z nierozsądku”. Rewolucja konserwatywna opierała się na dwóch filarach: nieustannym wzroście wartości nieruchomości (po to, aby podtrzymywać popyt na posiadanie własnego domu) i moderowaniu zarobków (by utrzymać konkurencyjny potencjał gospodarki). Wyłącznie kwestią czasu był konflikt tych dwóch czynników, obnażający cały system, w ramach którego ludzie mogli się „wkupić”, niczym w swego rodzaju Faustowskim pakcie. Wraz z nieruchomościami nabierającymi wartości szybciej od wzrostu przychodów, domy stały się jeszcze trudniejsze do kupienia; każde kolejne pokolenie nabywców cierpiało na skutek tego samego uwarunkowania, za sprawą którego pierwsi właściciele wypracowali zysk.

Uwagi Piketty’ego na temat powrotów bogactwa czerpanego z przychodu przejawiają się wyraźnie w krążących w ostatnich dziesięcioleciach narracjach na temat nieruchomości. Rynek nieruchomości jest podstawowym przykładem tego, w jaki sposób kapitał, po pierwszej fali pozornej pracy na rzecz ludzi, w nieunikniony sposób zaczyna funkcjonować zgodnie ze swoją własną dynamiką. Z biegiem czasu podstawowa możliwość posiadania swojego własnego domu zaczyna się znajdować poza zasięgiem coraz większej i większej rzeszy ludzi.

Po rewolucji konserwatywnej obszary zabudowane, zwłaszcza zaś budownictwo mieszkaniowe, zasadniczo zmieniły swoją rolę. Zamiast zapewniać schronienie, stały się środkiem generującym zyski finansowe.  Budynek nie pełni już funkcji użytkowej, jest tylko czymś, co będzie się posiadać (w  nadziei na stopniowy, następujący z upływem czasu wzrost jego wartości inwestycyjnej, nie zaś użytkowej). Za sprawą rozpowszechnienia się terminu „rynek nieruchomości”, zmianie ulega definicja zawodu architekta – staje się on ekonomistą. Jest to również moment, w którym architektura staje się niemożliwa do objaśnienia (przynajmniej według kryteriów, których architekci zwykle używają do tłumaczenia architektury). Logika budynku już nie odzwierciedla w pierwszej kolejności jego zamierzonego sposobu użytkowania, ale służy głównie promocji „globalnych” pragnień ujmowanych w kategoriach ekonomicznych. Ocena architektury została przeniesiona na rynek. „Styl architektoniczny” budynków nie oddaje już wyboru ideologicznego, tylko decyzję o charakterze komercyjnym: architektura jest warta tyle, ile inni są gotowi za nią zapłacić.

 Jest to również moment, w którym architektura i marketing stają się nieodróżnialne. W rezultacie zachodzi osobliwy odwrócony proces: rysunki techniczne są poprzedzane przez komputerowe wizualizacje, projektowanie samej konstrukcji jest poprzedzane przez sprzedaż mieszkań, obraz poprzedza substancję, a agent nieruchomości stoi wyżej od architekta. Być może słynne tyrady Alda van Eycka przeciwko postmodernizmowi z lat 80. nie były w gruncie rzeczy niczym więcej niż wyrazem rozpaczy lub oburzenia tym, że zostaliśmy okradzeni z naszej pracy.

Istotnie, jeśli doprowadzimy analogię Piketty’ego do ostatecznej logicznej konkluzji, możemy zacząć się zastanawiać, czy kiedykolwiek w ogóle istniało coś takiego jak architektura postmodernistyczna. Być może byliśmy świadkami nie tyle następstwa dwóch stylów architektonicznych w toku dwustronnej polemiki, ile przejścia w kierunku zupełnie inaczej pojmowanej roli budynków. O ile – z grubsza rzecz biorąc – do lat 70. budynki były w pierwszej kolejności postrzegane jako inwestycje (publiczne), o tyle po tym okresie stały się przede wszystkim środkami do generowania dochodu, który to fakt paradoksalnie przyczynia się do dalszego obniżania budżetów budowlanych. Po odkryciu, że budynki są źródłem kapitału, okazuje się, że nie ma wyboru i trzeba działać względem nich zgodnie z logiką kapitału. W tym sensie coś takiego jak architektura modernistyczna i postmodernistyczna mogą w ogóle nie istnieć, istnieją po prostu architektura przed i po momencie wchłonięcia jej przez kapitał.

Ostatnie dziesięciolecia były świadkami nowej rzeczowości, nowego modernizmu, przynajmniej w kategoriach estetycznych. Jak bardzo nowoczesna jest jednak nowoczesna architektura dnia dzisiejszego? Modernizm miał swój racjonalny program: dzielić się powszechnie dobrodziejstwami nauki i technologii. W ostatnich dekadach okazało się, że nowoczesną architekturę z łatwością można zaprzęgnąć do pracy przeciwko jej pierwotnej ideologii. Kiedy już budynki zostają rozpoznane jako narzędzia do generowania stopy zwrotu, „ekonomia środków” nowoczesnej architektury nie stanowi już sposobu na dotarcie do jak największej grupy ludzi, tylko metodę maksymalizacji zysków. Ten sam repertuar racjonalnej produkcji, inkorporacji produktów przemysłowych, celebracji kąta prostego i estetyki racjonalności, która kiedyś uczyniła budynki dostępnymi z finansowego punktu widzenia, teraz sprawia, że są one „tanie”. Marketing odgrywa tutaj decydującą rolę. Kiedy modernizm może być swobodnie reinterpretowany jako styl, a nie jako ideologia, względnie łatwe staje się oddzielenie (wysokiej) ceny sprzedaży od (niskich) kosztów produkcji, aby możliwe było zgarnianie w ten sposób rekordowych zysków.

Jak na ironię, sytuacja ta uderza zarówno w bogatych, jak i biednych. Wraz z wartościami sprzedaży przekraczającymi koszty produkcji na obecnym poziomie, jakość nie kryje się już w produkcie, tylko w potencjalnym zysku ze sprzedaży. Cała idea fizycznego luksusu została zastąpiona przez wartość na papierze. Ta ostatnia nie oznacza już jednak wcale materialnej jakości produktu. Na cenę nieruchomości składają się jej powierzchnia użytkowa i lokalizacja. O ile nie zostaną ujawnione poważne wady techniczne, materialna czy techniczna jakość budynków nie odgrywa w zasadzie żadnej roli. Tak długo, jak długo ta bańka rośnie, „inwestycja” jest bezpieczna.

Mała anegdota: w tym roku, w jednej z bogatszych dzielnic położonych w centrum Londynu ma zostać ukończona budowa luksusowego kompleksu mieszkaniowego. Założenie składa się z pięćdziesięciu ekskluzywnych apartamentów. Zobowiązanie do wykonania pewnej części mieszkań z myślą o ich sprzedaży w przystępnej cenie – prawny wymóg zgodny z londyńską polityką planistyczną – zostało zrealizowane za pomocą oferty alternatywnej lokalizacji w uboższej okolicy, w pewnej odległości od tej konkretnej budowy. Projekt jest nakierowany na cudzoziemców, o których powszechnie wiadomo, że kupują za gotówkę, bez pomocy kredytu bankowego. Sprzedaży dokonuje się w ten sposób szybciej. Najtańszy apartament kosztuje 11 milionów funtów. (Cena najdroższego, na mocy klauzuli poufności zawartej w umowie, pozostaje tajemnicą nabywcy i dewelopera.) Broszura reklamowa informuje o „wyjątkowym miejscu do mieszkania umieszczonym wewnątrz i w sąsiedztwie nowoczesnej architektury, otoczonej przez park”. Dla kilku potencjalnych mieszkańców (być może bogatych Rosjan) idea nowoczesnej architektury w parku będzie przywoływać wspomnienia systemu, którego upadek przyczynił się do ufundowania ich osobistych fortun. Plotka głosi, że architekci rozważali użycie odpornej na warunki atmosferyczne tektury do pokrycia fasady budynku, podkreślając w ten sposób wyjątkową ironię kryjącą się w fakcie proszenia najbogatszych ludzi świata o zapłacenie rekordowych cen za tekturowe pudło. Klient, stary wyga w biznesie budowlanym, pozostał na ironię nieczuły i pozwolił na dalszą realizację budynku pod warunkiem, że zostanie dokonana „ drobna zmiana” w materiale fasady.