Ilustracja: Park Hill Estate - osiedle komunalne wybudowane w Sheffield w latach 1957-1961 według projektu Jacka Lynna i Ivora Smitha. Obecnie poddawane renowacji i adaptacji na kompleks mieszkaniowo-usługowy przez firmę deweloperską (fot. Man of Yorkshire/Flickr. Copyright © Man of Yorkshire. All rights reserved)

Mity modernizmu

3 [50] 2015

12 | 07 | 2016

Architektura jako narzędzie kapitału (I)

 

Minął już prawie rok, od kiedy Thomas Piketty opublikował książkę Kapitał w XXI wieku1. Jeżeli ma rację, możemy wszyscy raz na zawsze pozbyć się złudzeń co do tego, że obecny system gospodarczy pracuje w ostatecznym rozrachunku na rzecz ogółu i uzyskane z niego korzyści w którymś momencie skapną w stronę najuboższych warstw społeczeństwa. Wbrew temu, co mówili nam wszyscy ekonomiści po Johnie Maynardzie Keynesie, nierówności wytwarzane przez kapitalizm mogą nie być tymczasową fazą, która zostanie w końcu przezwyciężona, ale stanowić strukturalny, nieunikniony i długoterminowy efekt funkcjonowania samego systemu. Analiza przeprowadzona przez Piketty’ego jest niezmiernie prosta. Wskazuje on na dwie podstawowe kategorie ekonomiczne: przychód i bogactwo. Następnie definiuje (nie)równość społeczną jako działanie związku tych dwóch kategorii w czasie, wnioskując, że kiedy tylko zysk z bogactwa przewyższa zysk z pracy, nierówność społeczna nieuchronnie rośnie. Ci, którzy bogacą się poprzez pracę, zostają jeszcze bardziej z tyłu za tymi, którzy pomnażają bogactwo wyłącznie dzięki jego posiadaniu. Jedynie w XX wieku, w ramach wyjątkowej kapsuły czasu – pod wpływem dwóch wojen światowych, społecznego napięcia, rewolucji, aktywności związków zawodowych oraz istnienia zniechęcającej globalnej alternatywy dla systemu kapitalistycznego w postaci (byłego) obozu komunistycznego – kapitał został na chwilę pokonany przez pracę jako główny sposób zdobywania bogactwa.

Przyszłość pokaże, czy XX wiek był jedynie epizodycznym odstępstwem w funkcjonowaniu niepowstrzymanego mechanizmu pełnego głębokich napięć systemu ekonomicznego. Wiele będzie zależeć od tego, co wydarzy się dalej: wiek XXI określi dziedzictwo XX stulecia. Dotychczasowe znaki nie są zbyt zachęcające: od końca lat 70. XX wieku, kiedy Ronald Reagan i Margaret Thatcher wprawili w ruch wielką konserwatywną rewolucję, obietnica akumulacji bogactwa poprzez pracę stopniowo traciła swoje podstawy. Upadek muru berlińskiego (powszechnie uznawany za zwycięstwo tej właśnie rewolucji), a w ślad za nim ogólny upadek bloku komunistycznego jedynie nasiliły tę tendencję. Jeśli bieżące wskaźniki są prawdziwe, wkrótce możemy się znaleźć w sytuacji, kiedy po raz pierwszy od schyłku XIX wieku zysk z bogactwa opartego na posiadaniu ponownie przewyższy ten zdobywany poprzez pracę.

Rzeczywiście, jeśli teza Piketty’ego jest prawdziwa, XX stulecie nie było niczym więcej jak anomalią: krótką przerwą w systemowej logice kapitalizmu, w której kapitał nieuchronnie kumuluje się za pomocą kapitału, tworząc nieprzerwany cykl. Ta prosta ekonomiczna konkluzja może mieć społeczne i kulturowe konsekwencje, które wykraczają poza najbardziej ryzykowne wyobrażenia. Kiedy zysk z wykonywanej przez całe życie pracy nie jest w stanie dorównać zyskom z nabytej fortuny, dziedziczone bogactwo znów staje się definiującym czynnikiem klasowej pozycji, redukując tym samym każde dążenie w kierunku społecznego awansu do, w najlepszym wypadku, odległej możliwości.

Co więcej, jeżeli XX wiek rzeczywiście był anomalią, wtedy być może anomaliami były również jego ideały: stulecie cechujące się oświeceniową wiarą w postęp, emancypację społeczną i prawa obywatelskie może być reakcyjnie odrzucone jako okres pogrążania się w iluzjach i uznane za (nie więcej niż) przypis w długim biegu historii. Pokoleniu znajdującemu się obecnie u władzy, wychowanemu i wykształconemu w XX wieku, trudno się z tym pogodzić. Dla jego przedstawicieli moralne imperatywy ubiegłego stulecia są czymś niepodlegającym zakwestionowaniu, i to niezależnie od politycznych poglądów. (Nawet najgorliwszy zwolennik obecnej gospodarki wolnorynkowej raczej wierzy, że system działa ostatecznie w interesie wszystkich, niż wspiera wprost ideę nierówności społecznych). Przedstawiciele tej generacji, czy to prawicowi, czy lewicowi, jeszcze w żaden sposób nie doświadczyli kryzysu wiary w mechanizmy emancypacji. To wszystko, co znają i co kiedykolwiek było im dane poznać.

Urodziłem się w 1964 roku, do szkoły podstawowej zacząłem chodzić w 1970, a studia ukończyłem w 1988, rok przed upadkiem muru berlińskiego. Przez osiemnaście lat pobierałem nauki w publicznym systemie edukacji i w trakcie tego okresu idea (dogmat) rozwoju jednostki dokonującego się poprzez naukę i ciężką pracę była nienaruszalna.  Zapracowywało się na prawa, a przywilejów się nie dziedziczyło. Wykształcenie było proporcjonalne do umiejętności, a nie do rozmiarów czyjegoś bogactwa. Żyliśmy w przekonaniu, że kulturowe i religijne różnice między protestantami i katolikami – [w Holandii] nie było jeszcze wówczas znaczącej populacji muzułmańskiej – ostatecznie i tak stopiłyby się w ramach jednej klasy średniej. Nieobecność ubogiej „klasy niższej” była powszechnie odczytywana jako logiczna konsekwencja (pozornej) nieobecności „klasy wyższej”. Chociaż mieliśmy świadomość istnienia tej ostatniej, w żaden sposób się z nią nie liczyliśmy, wręcz jej nie uznawaliśmy. Oczywiście mieliśmy monarchię, ale nawet zamieszanie rodziny królewskiej w sporadyczne skandale korupcyjne w żaden sposób nie wstrząsało naszym przekonaniem o jej absolutnej nieistotności. Arystokraci stanowili symboliczną konieczność, reprezentowali jedność narodu, który pod każdym innym względem doskonale radził sobie bez nich. Władza znajdowała się w rękach wybieranego demokratycznie rządu, niezależnego od królewskiej głowy państwa. (Wkrótce potem, po tajemniczym uwolnieniu holenderskich aktywistów Greenpeace’u, uświadomiłem sobie, że sprawy być może nie są takie proste…) Bogactwo istniało, ale nie stanowiło gwarancji prawa do władzy – i nie powinno. Nasi przywódcy byli wybierani przez nas, dla nas i spośród nas.

Jeżeli Piketty ma rację, te oczywiste „prawdy” mogą się okazać zamkiem na piasku. Wiele spośród przywilejów/dobrodziejstw życia u schyłku XX wieku, w szczególności w Europie Zachodniej, nie było naturalnym rezultatem ewolucyjnego rozwoju, tylko wynikiem krótkotrwałego i niedającego się utrzymać zawieszenia realizacji prawdziwego przeznaczenia dyktowanego przez współczesny system gospodarczy. Tylko silny (polityczny) nacisk wstrzymywał kapitał od odsłonięcia jego rzeczywistego oblicza. W takim kontekście Europa Zachodnia ustawiła się w wygodnej pozycji: z jednej strony chroniona przez amerykański brak tolerancji dla zagrożenia ze strony komunizmu, z drugiej wystarczająco zastraszona (lub rozsądna), by utrzymywać hojny system państwa dobrobytu, odwodząc w ten sposób obywateli od okazywania jakichkolwiek form sympatii dla komunizmu. Wraz z rozpadem bloku komunistycznego zagrożenie znacznie zmalało, a gospodarcze tendencje w większości europejskich państw po roku 1989 mówiły same za siebie: cięcia w sektorze opieki państwowej, erozja pensji, redukcja usług publicznych i tak dalej.


[1.] T. Piketty, Kapitał w XXI wieku, przeł. A. Bilik, red. nauk. M. Sutowski, Warszawa: Krytyka Polityczna, 2015.